Kraina Smoków Sha'aird Strona Główna
 FAQ   Szukaj   Użytkownicy   Grupy   Rejestracja   Szybkie Menu   Profil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości   Zaloguj 


Poprzedni temat «» Następny temat
Akta Turniejowe - Część 1- Żołnierz Jej Królewskiej Mości
Autor Wiadomość
Schame 


Inne postacie: Ganqou, Perseusz
Wysłany: 2020-11-06, 15:42   Akta Turniejowe - Część 1- Żołnierz Jej Królewskiej Mości

- Tędy! Szybko i po cichu! - Rzucił wilk, a borsuczy druid razem z resztą bandy ruszyła za przywódcą.
Skradali się w lesie pod nocnym niebem w kierunku ponurego zamczyska, jak cienie, sekretną ścieżką, o której za garść miedziaków opowiedział im miejscowy pies pasterski. Niegdyś przemycano tędy beczki starego wina, które strażnicy wynosili z piwnicy i odsprzedawali lokalnym kontrabandzie, gdy jeszcze rządzili tu starzy lordowie..
Smoczyi żołnierze nie wiedzieli o tej ścieżce. Ich oddział trzymał w garści całą okolicę ku chwale Królowej, ale mimo map i dzienników nie znali tutejszego regionu, a miejscowi zwierzowie niechętnie opowiadali o swoich historiach uchylania się przed prawem.
Szóstka młodych buntowników, odrobinę niecierpliwych, zakradła się do jaskini i po omacku dotarła do kawałka muru, w którym widać było zasypaną szczelinę. Własnymi kosmatymi łapami pozbyli się kamieni i żwiru, a potem wsunęli się jeden po drugim do środka.
Znaleźli się w korytarzu zamczyska. W poświacie pochodni borsuk czuł się nagi i bezbronny, wystawiony na odstrzał jak lis przyłapany na kradzieży kurczaków. Gdyby byli tu wartownicy, pewnie bez wahania spopielił by ich smoczy oddech.
Usłyszeli ciężkie kroki i szuranie łusek po posadzce, zobaczyli cień zbliżający się zza rogu.
Znieruchomieli. Młody borsuk poruszył się pierwszy, przepchał się do przodu, wyciągając z kieszeni niebieski grzyb, który pękł pod naciskiem palców. Borsuk dmuchnął w uwolniony ze środka obłok, który jak zaczarowany popłynął w głąb korytarza i zakręcił w kierunku zbliżającego się smoka jak żywy organizm..
Szuranie stało się powolne, a stąpanie straciły rytm, a potem coś ciężkiego huknęło o posadzkę.

Grupa zwierzów popatrzyła po sobie. Było cicho, nikt nie zjawił się zwabiony hałasem.


Poza zwalistą, krokodylim cielskiem w białym mundurze leżącym na kamiennej podłodze nie byłow okolicy żadnego innego strażnika. Echem rozchodziło się ciche chrapanie bestii, a szóstka odważnych przekradła się obok uśpionego zaklęciem smoka.
Dira zatrzymał się. Borsuczy znachor popatrzył uważnie na wielką paszczę, w której mógłby się zmieścić cały. Widział potężne zębiska i ostre pazury, czuł jak kamienie wibrują pod jego stopami od głębokiego chrapania. patrzył w pokryte łuską powieki, jakby obawiał się, że otworzą się w momencie, gdy spuści je z oczu.
Jego serce ściskała obawa, która towarzyszyła mu od początku tej akcji a teraz nabrała na sile. Nawet jeśli uwolnią jego brata, jak mają walczyć z takimi bestiami?
Drgnął, gdy poczuł na swoim ramieniu wilczą łapę. Popatrzył w żółte ślepia Rau, przywódcę ich watażki, patrzące z troską.
Nie mają pojęcia, że tu jesteśmy. - Powiedział spokojnie wilkor, kładąc na ramieniu pałkę. - Możemy to zrobić. Pamiętaj, co ci mówiłem.
Potem Rau pochylił się i bez wahania zaczął przeszukiwać kieszenie mundur smoka.
Borsuk zamarł. Gapił się na tę scenę zdjęty strachem nie mogąc oderwać kaprawych ślepi od kosmatych łap, spokojnie wędrujących od kiszeni do kieszeni. Ale to właśnie w beztrosce i opanowaniu szarofutrego znalazł ukojenie dla nerwów. Gdy ktoś z tak niezachwianą pewnością przewodzi grupie, owa grupa nie mogła ulec wrażeniu, że ich alfa wie, co robi.
Borsuk wziął głęboki wdech. Nawet, jeśli ta pewność to złudzenie, to przynosiło ono ulgę. Przyjrzał się smoczysku jeszcze raz i zaczął dostrzegać kolejne szczegóły. Materiał ciasno opinający wydatny, gadzi brzuch. Zapach alkoholu wypełniający powietrze z każdym smoczym oddechem. Broń, która nie opuściła pochwy mimo podejrzanych odgłosów zasłyszanych w korytarzu.
Borsuk nabrał pewności. To nie była doborowa smocza gwardia. To oddział wysłany w dzikie rejony Bajorzyska by pilnować wieśniaków. Ostatnie miesiące spędzili przeczesując i grabiąc okolicę nie napotykając żadnego wyzwania. Wilkor miał rację. W takich miejscach jak ta strażnica oczy strażników stawały się mniej czujne, rygor wojska mniej zaostrzony, a cielska większe i powolniejsze.
Borsuk pokiwał łbem i ruszył obok wilka, który zawieszał właśnie obręcz z kluczami wartownika na ramieniu.
Dira był nagle spokojny i pewny. Ich sprzymierzeńcem był element zaskoczenia oraz magia. Uwolni brata i pozostałych z ich cel i wszyscy uciekną zanim smoki zwłoką tu swoje brzuszyska.
Zapewne wszystko poszłoby gładko, jednak rebelianci nie przewidzieli jednej rzeczy.
W tym zamczysku nie byli jedynymi naiwnymi głupcami..


***


Mundur był świętością.
Kai patrzył w zamglone, obdrapane lustro, poprawił pas opinający wąskie biodra, dopiął ostatnie guziki i wygładził niebieskimi palcami mankiety. Stanął na baczność i poprawił wojskową czapkę.
Smukły jak gazela gad patrzył przez chwilę we własne chłodne, surowe oczy. Jego wygląd i prezencja były nienaganne, niezależnie czy przyszło mu nieść sztandar czy pilnować zasikanego przez anveile bagna.
Zagiął jeszcze raz kołnierzyk i zawiesił szpadę na ramieniu, a gdy był już pewien, iż jest gotów na obchód, wyszedł pochylając się nisko w drzwiach przystosowanych do anveilskich rozmiarów i zbiegł krętymi schodami w dół.
Na dole rozejrzał się. Słyszał wesoły, głośny rechot i huk smoczych łap. Jak się spodziewał uczta trwała w najlepsze, a obchód straży spóźniał się już o kwadrans.
Skierował pysk w przeciwnym kierunku - ku ciszy i ciemności, jego gadzie ślepia bez trudu rozpoznawały ruszył żwawo w kierunku lochów, wykonując własny zwiad po twierdzy.
Nie miał złudzeń, że jego praca i zaangażowanie nie mają tu sensu. Cały jego talent był tutaj marnowany. Jako świeżo upieczony absolwent Rycerskiej Akademii musiał odsłużyć swoje zanim awansuje wyżej. W zasadzie nikogo nie obchodziło, co robił na tym anveilskim odludziu dopóki stawiał się na rozkaz. Mógł spać w lesie przytulony do butelki i nikt nie zwróciłby uwagi, a gdy miał jakieś obowiązki, jego zadaniem było pilnowanie kamieni i kilku nieszczęśników zamkniętych w lochu. Mógł odpiąć guziki i zawinąć mankiety i dołączyć do uczty, byłaby to najrozsądniejsza rzecz jaką mógł zrobić.
A jednak punktualnie o północy zastępował spóźniony obchód. Wychodził na basztę i przeczesywał wzrokiem okolicę. Zaglądał do bramy i sprawdzał zwodzony most, a na końcu zaglądał do lochu, by sprawdzić stan zamków i liczbę więźniów. Wiedział, że traci czas, ale wykonywał te zadania nienagannie, nawet, gdy złośliwie szydzono w niego.
Robił to, ponieważ nie miały znaczenia jego uczucia, opinie, ani gdzie się aktualnie znajdował. Liczył się mundur, który był świętością.
Jego uniform miał magiczną moc. Gdy go zakładał, Kai nagle przestawał być Kaiem. Stawał się częścią większej, wspanialszej całości. Był Rycerzem jej Królewskiej Mości, jednym z wielu i jednym z nielicznych. Stawał się nagle zobowiązany przysięgą, by stanowić wzór do naśladowania niezależnie od sytuacji, w jakiej by się znalazł.
Tym właśnie wyróżniał się poza umiejętnościami i błyskotliwością - niezmąconą lojalnością wobec Reżimu.
Wierzył, że jeśli zlekceważyły jeden rozkaz, mógłby zachwiać całą hierarchią nawet, gdyby miał wówczas absolutną rację. Jeśli byłby łapą wielkiego smoka i zlekceważyły rozkaz łba, naraziłby zdrowie całego organizmu. Nawert, jeżeli nie rozumiał zamiarów głowy, to głowa patrzy z wysoka, miała pełny obraz sytuacji. Miała też uszy, nos oraz inne łapy pod swoją kontrolą.
Jeśli kazano mu pilnować kilku wątłych wieśniaków, to zrobi to z pełnym zaangażowaniem. Nie musiał tego rozumieć. Może był to test na lojalność, może uczył się w ten sposób lekceważenia własnej smoczej pychy. Było oczywiste, że pomimo swoich talentów jest przede wszystkim żołnierzem. Oczekiwano od niego niezawodności i dyscypliny.
Pochylił się i wsunął się do lochów i rozejrzał czujnie, jego niebieskie ślepia szybko przywykły do ciemności. Ruszył przed siebie, zaglądając po drodze do każdej celi. Większość zwierzy chrapała smacznie - rabusie i przemytnicy, kilku politycznych, którzy po pijaku podważali skromność i cnotę Jej Królewskiej Mości.
Zwolnił i zatrzymał się przed jedną z cel. Patrzył przez chwilę z góry na jedynego cennego więźnia.
Mały borsuk siedział skulony na pryczy obejmując kolana. Nie spał, jednak nie ruszał się, milczał. Wydawał się złamany i żałosny, a jednak odkąd tu trafił nie odezwał się słowem, nie zdradził, gdzie kryją się jego towarzysze.
Lokalny medyk pomagający tutejszym buntownikom. Brat, ojciec, ale przede wszystkim zdrajca.
Kai zmrużył błękitne ślepia iskrzywił się na wspomnienie krzywd, które wyrządził znachorowi. Jeśli do tej pory nie zdradził towarzyszy, to najpewniej nic nie wiedział o ich kryjówce i przesłuchanie go nie miało sensu. Jednak wciąż nie był to koniec...
Kai syknął niezadowolony. Torturowanie mniejszych i bezbronnych nie przynosiło mu radości, jedynie wstyd. Ale gdy zakładał mundur, jego łapy i zdolności nie należały już do niego. Gdy tylko pojawi się rozkaz, wykona go, bardziej jak krilliion niż smok.
Był wdzięczny Jolcie. Przekonał dowódcę, by dać borsukowi dobę na przemyślenie swojej sytuacji. Gdyby Kai poprosił o coś takiego, wyglądałoby to jak miganie się od obowiązków. W lojalność Jolta nikt nie śmiałby wątpić.
Kai usiadł na chwilę wpatrując się w borsuka. Może jeszcze zdoła coś zdziałać bardziej miękkimi środkami, zanim dojdzie do najgorszego...


Wilk prowadził grupę zwierzów w głąb lochów. Znał to miejsce, jako dziecko pomagał ojcu wynosić stąd trupy jeszcze za poprzednich rządów w strażnicy. Smoki były silne, ale byli marnymi wartownikami. Ich kroki słychać było z daleka, a w niektóre zaułki tylko rzucali okiem, bo nie mogli się w nie wcisnąć.
Kryjąc się i omijając straż dotarli wreszcie do lochów. Sami poczuli się odrobinę za pewni, bo wpadli do więzienia razem i zatrzymali się dopiero, gdy zobaczyli stojącego i wpatrzonego w nich smoka.
Różnił się od pozostałych. Był smukły i prezentował się dumnie - mimo swojej pochylonej w ciasnej celi postury wyglądał groźnie, jak wielki wąż, a jego ślepia miało w sobie coś jadowitego i przeszywającego.
Wyglądał jednak na równie zaskoczonego co grupka buntowników.
Wilkor Rau otrząsnął się pierwszy. rzucił się do przodu chwytając za pałkę, bezszelestnie i pewnie. Błyskawiczny atak skierowany w kolano smoka.
Smok wpatrzył się w niego, otwierając groźne ślepia jeszcze szerzej. Niewidzialna aura przeszyła powietrze.
Nagle Rau wyhamował i odskoczył w bok, wahając się przez chwilę.
Pozostali rzucili się do przodu, chwytając za prowizoryczna broń. Dira sięgnął po niebieski grzyb, skupiając w paszczy magię powietrza.
Kiedy jednak zobaczył błękitny kapelusz muchomora, włos zjeżył mu się na karku, drgnął i upuścił go na ziemię.
Zamrugał skonsternowany. Nie rozumiał, dlaczego to zrobił, ale jego organizm, jego instynkt zadziałały bez jego udziału. Jakby zobaczył w swojej łapie skorpiona.
Pochylił się by podnieść grzyb i wtedy usłyszał jęki i żałosne zawodzenia.
Zamarł. Wpatrywał się z niezrozumieniem jak jego towarzysze cofają się przed smokiem, kulą ogony i ostatecznie jeden po drugim zaczynają kłaść się na ziemi, a któryś z nich zaczął zrywać z siebie ubranie.
Dira pokręcił łbem, niczego nie rozumiejąc. Nie widział żadnego zaklęcia, nie wiedział, czemu pozostali zachowują się tak dziwnie. Czuli ból? Strach? Czemu tak nagle stracili zapał, gdy smok nawet nie ruszył się z miejsca?
Borsuk skrzywił się i zanurkował po magiczny grzyb, jednak znów w jego łbie zapaliło się czerwone światełko i jego własne łapy odepchnęła go od zagrożenia odbijając go od posadzki. Uderzył boleśnie barkiem o ścianę i jęknął. Ale przynajmniej uniknął… Czego właściwie?
Popatrzył na niebieski grzyb leżący tuż przed nim niewinnie. Zaczął się pocić jakby uniknął szponów bestii. Ale dlaczego?!
Uniósł powoli ślepia. Widząc oczy smoka cofnął się o krok.
W niebieskołuskim było coś bardzo niepokojącego i ponurego. Jego oczy były nieruchome, otwarte szeroko, złowieszcze, a jego sylwetka górowała nad o połowę mniejszymi zwierzami.
Przez chwilę Dira patrzył w te oczy, potem jednak cofnął się o krok i zachwiał, niemal
potykając o własne łapy.
Zmysły znów go ostrzegły, musiał się cofnąć, znaleźć pewny grunt, jakby podłoga osunęła mu się spod łap i stał tuż nad przepaścią. Ale ku jego własnemu zaskoczeniu, gdy spojrzał w dół, posadzka była nienaruszona. Czyżby to była zwykła halucynacja?
A jednak pierwotny lęk przed upadkiem i rozbiciem się nie ustępował. Był tak przejmujący, że Dira musiał uklęknąć, a potem położyć się na ziemi by przestać się chwiać i by nie spaść w nieistniejącą rozpadlinę.

Jęknął żałośnie. Cokolwiek się działo, nie potrafił z tym walczyć, nie potrafił też tego wyjaśnić. Czuł się, jakby długie, smukłe szponu wpiły się pod jego czaszkę i zaczęły naciskać różne punkty w jego mózgu, uruchamiając różne instynkty, nad którymi nie miał kontroli. Bezradność była jeszcze bardziej przerażająca niż nieistniejące zagrożenia, które atakowały go znikąd. Zadrżał i zacisnął zęby, wpijając pazury w kamień.
Podniósł wzrok i rozejrzał się po swoim oddziale, kulącym się na posadzce jak banda pomyleńców. Szukał odpowiedzi, szukając wybawienia i nadziei. Jego oczy instynktownie szukały Rau, niewzruszonego wilka, pewnego siebie niezależnie od sytuacji.
Serce Diry niemal pękło. Zobaczył swojego alfę, zapłakającego i skomlącego żałośnie, drżącego jak szczenię, obnażającego się na zimnej posadzce w bezradnym szaleństwie. Borsuk oniemiały z niedowierzania i szoku obserwował rosnącą kałużę moczu, gdy nieustraszony wilk robił pod siebie jak niemowle.
To powinno złamać młodego borsuka. Od takiego widoku można było postradać zmysły. I choć Dira rozpłakał się i stracił nagle całą nadzieję, doznał nagle objawienia i uświadomił sobie coś, co powinien rozumieć od początku.
Nikomu z jego towarzyszy nic nie groziło. A to znaczy, że jemu również nie.
Dira poczuł nagle odruch wymiotny. Padł na ziemię i przytulił czoło do posadzki. Próbował skupić myśli i zapanować nad chaosem w swojej głowie, zrozumiał, że nie jest w stanie.
Spróbował wziąć głęboki oddech. A potem skupił powietrze w płuc. Nagle podniósł się, wyjąć wściekle i wbił pazury we własną pierś, drapiąc skórę aż do krwi.
Ból był tak straszliwy, że jego umysł i instynkty na krótką chwile skupiły się tylko na bólu. Dira wykorzystał ten ułamek sekundy by chwycić grzyb i podnieść się, zbierając magię powietrza w swoim oddechu.
Skupiony na walce z samym sobą nie zauważył błękitnego smoka pędzącego w swoją stronę…
Nim zdołał uwolnić magiczną toksynę z grzyba, zwinięty w pięść szpon uderzył go w brzuch. Mimo, że gad nie wyglądał na silnego, cios pozbawił borsuka tchu i cisnął nim o ścianę.
Dira gruchnął z jękiem i upadł, odtoczył się kawałek. Leżał tak przez chwilę, nie z bólu czy impetu ciosu, ale z czystej bezradności.
Żaden ruch nie miał sensu, żadna walka ani magia. Okazało się, iż to on i jego towarzysze zgrzeszyli pychą. Że smoki są w stanie ich pokonać, nie ruszając nawet palcem. Że wielkie gady straciły czujność, ponieważ anveile nie są dla nich jakimkolwiek zagrożeniem...
Borsuk skulił się i rozpłakał, samotny, bezradny. Jedna błędna decyzja by wybrać się tu przekreśliła jakąkolwiek przyszłość. Nie wróci już do domu, skona młodo na szubienicy lub ścięty katowskim toporem. Zawiódł nie tylko Rau i brata, ale też siebie. Popełnili straszliwy błąd i zostaną wtrąceni do lochów nie stawiając nawet oporu, leżąc we własnych szczynach. Cóż za straszliwą mocą włada błękitnołuski…

Nagle, w ciemności i bezradności wyłoniła się łapa zakończona raciczkami, jak koło ratunkowe. Chwyciły go mocno i pewnie, ale nie brutalnie. Pociągnęły go do siebie.
Wprost w ciepłe, miękkie objęcia.
Nagle cały strach i czarna rozpacz zniknęły, pękły jak mydlana bańka. Dira wstrzymał oddech i otworzył oczy, zaskoczony własną ulgą.
Kai, wystarczy. - Powiedział łagodny głos.
Obejrzał się i dostrzegł błękitnego smoka w mundurze stojącego nad nim i patrzącego z góry. Cokolwiek zanurzył swe zimne palce w umyśle borsuka, nagle ustąpiło.
Wciąż mokry od łez i z trudem łapiąc powietrze, obrócił łeb. Zobaczył najpierw rękawy munduru znienawidzonej jednostki, a potem postawiony kołnierzyk ze złotymi zdobieniami. A ponad kołnierzykiem przyjazne oblicze zwierza.
Zwierza noszącego smoczy mundur.
Przypominał barana. Wygladał jednak na bardzo szczupłego ze względu na ogolone krótko runo i ścięte rogi. Miał naiwne i szczere czarne ślepia. Był zdecydowanie wyższy od zwykłych zwierzów, choć nie dorównywał wzrostem smokom.
Już dobrze. - Powiedział cicho barani żołnierz, pomagając Dirze wstać.
Jolta.... - Mruknął Kai, patrząc na oblicze barana i mrużąc groźnie ślepia.

To koniec. - Powiedział stanowczo, ale spokojnie baran. - Od teraz są moimi więźniami, rozumiesz? Nie waż się tknąć ich palcem, dopóki nie dostaliśmy rozkazu.
Kai nie odpowiedział, chociaż jego spojrzenie stało się bardziej surowe i zimniejsze.
Jolta. Jedyny Zwierz w akademii rycerskiej Naraki, młodzik taki jak Kai, ale zupełnie inny. Szczery.pogodny. Łączyło ich poza przyjaźnią jedyne silne poczucie obowiązku.
Jolta pociągnął borsuka za sobą do celi. Dira był wciąż tak skołowany, że nawet nie protestował.
Weź chusteczkę. - Powiedział z troską baran, wciskając kwadrat z aksamitu w borsucze pazury. - Otrzyj łzy. Już dobrze, najgorsze masz za sobą.
Dira bez słowa zacisnął pazury na chusteczkę, ale poza tym niemal nie drgnął, tulił się mimowolnie w pierś barana, złamany przez samą obecność smoka. Mimo ogromnego poczucia ulgi, wciąż czuł zagubienie oraz ogarniałą go beznadzieję. Wiedział, że jego los nie poprawi się na lepsze, nie na długo…

Jolta posadził go na pryczy. Spróbował spojrzeć mu w oczy.
Daj sobie chwilę. Już lepiej? - Powiedział baran i westchnął lekko. - Co za bezsensowne okrócieństwo. Wybacz, Kai bywa… nadgorliwy.
Milczeli przez chwilę obaj. Jedyne, co powstrzymywało borsuka przed utratą nerwów była kojąca obecność Jolty.
Baran spoważniał jednak. Opuścił powoli łapę. Skończył isę czas na współczucie. Bez względu na wszystko, borsuk był jednak więźniem.
Dira nie odpowiedział, zwiesił jedynie łeb.
Służę razem ze smokami, zapewne budząc twoją odrazę. - Mówił spokojnie i cicho Jolta. - Ale wierzę, że dzięki temu… chronię naszych. Mogę wpływać na ich decyzję, zapobiegać niepotrzebnej przemocy.
Jolta pochylił się nad borsukiem. Jego ton przybrał na prowadze.
Oni mają dość walki z nami całymi miesiącami. Zamierzają zrobić czystkę w całej okolicy, nie przejmując się, kto wspiera ruch oporu, a kto nie. Zabiją sześdziesiąt procent populacji. Ponieważ mordowanie jest dla nich łatwiejsze niż prawdziwa wojskowa służba. Liczą, że ci, którzy pozostaną przy życiu, będą zbyt przerażeni, by organizować rebelię.
Dira znieruchomiał. Z trudem skupiał uwagę na słowach barana, jednak zdawał sobie sprawę z ich powagi.
Jedyny sposób… - Ciągnął Jolta. - To zakończenie rebelii tu i teraz. Zawarłem pakt ze smoczym ,jeśli do jutra dowiemy się, gdzie ukrywa się ruch oporu, nie będzie czystki, a pochwyceni rebelianci trafią do obozu pracy na kilka lat. Potem będą mogli zacząć życie od nowa…
Dira patrzył na racice barana, pogładził krótko przystrzyżoną wełnę, wciąż miękką i kojącą. Nagle jedno z kopyt dotknęło jego podbródka i uniosło jego borsuczy pysk.
Jutro wszyscy zginą. - Powiedział Baran poważnie. - Albo wszyscy będą żyć. Nie możecie walczyć ze smokami, rozumiesz to, prawda? Widziałeś, co potrafią, jak przygniatająca jest przewaga jednego smoka nad całym oddziałem. To nie musi się dziać, ten koszmar może się skończyć. Jeśli powiesz mi, gdzie się ukrywacie, wyjdę stąd i pójdę do mojego dowódcy, a wtedy wszystko wróci do normy. Będziesz mógł zacząć od zera.

Wszystko działo się tak szybko, że Dira nie mógł zebrać myśli. Wiedział tylko, że Jolta ma racje, że walka nie ma sensu. Jeden smok z taką mocą może pokonać armię Zwierzy i nikt nic na to nie poradzi… A smoków było znacznie więcej...
Nie chciał tej odpowiedzialności, nie chciał być tym, który miał decydować, co się stanie. Nie chciał tu być. Chciał tylko wrócić z bratem do domu…
Obiecujesz? - Powiedział cicho. - Obiecujesz, że nikomu nic się nie stanie?
Jolta zmarszczył brwi. Wstał, wyprostował się i położył łapę na piersi, patrząc Dirze prosto w oczy.
Przysięgam. - Powiedział. - Na własne życie...
Dira pokiwał głową. Inni uznają go za zdrajcę. Straci szacunek i dobre imię. Ale inni, jego brat, Rau… będą żyć.
Tawerna “Złoty Gaj”, stamtąd na południe. Jaskinie pod lasem. Spotykamy się tam w blasku księżyca… - Powiedział Dira.
Jota uśmiechnął się i poklepał go po ramieniu.
Dziękuję ci. - Powiedział. - Postąpiłeś słusznie.
Obrócił spojrzenie w kierunku wyjścia z celi.
Kai, skończyliśmy tu. - Powiedział spokojnie baran, wychodząc.
Dira znieruchomiał. Nagle poczucie ulgi ustąpiło, nagle pojawiło się rozgoryczenie i złość.
By uratować brata, zdradził wszystkich, a nawet nie wiedział, czy baran mówi prawdę. Dlaczego to zrobił… Czemu?
Uniósł wzrok i ujrzał błękitnego smoka patrzącego na niego przez kraty. Musiał stać tam cały ten czas. Te wielkie, straszne ślepia oraz niewidzialne szpony, obejmujące umysł. Przez chwilę ze zgrozą zaczynał rozumieć, co się stało.
To byłeś ty… - Powiedział Dira. - Znów to zrobiłeś…
Smok nie odpowiedział. Zmrużył ślepia i odwrócił wzrok..
Dira zaśmiał się smutno i otarł łzy. Pokręcił powoli łbem. Czuł tak wiele negatywnych emocji na raz, że nie potrafił już ich nawet nazwać.
Czy masz do cholery jakieś skrupuły?! - Wypalił nagle. - Czy wasze gadzie móżdżki czują jakiekolwiek emocje?! Czy brzydzisz się tym, co nam robisz, jak grzebiesz nam w umysłach i odbierasz nam wszystko?!
Smok popatrzył na niego, a jego ślepia zamigotały w ciemności. Dira popatrzył bezczelnie prosto w ślepia smoka z odwagą i bezczelnością, która zaskoczyła jego samego..
Czy patrząc w lustro, czujesz wstyd? - Wycedził Borsuk. - Obrzydzenie? A może przepełnia cię duma?...
Kai nie odpowiedział. le nie uciekał też wzrokiem, zniósł spojrzenie borsuka pełne pogardy.
Dira pokiwał głową. Potem wbił wzrok w sufit.
Czy ten baran… mówił prawdę?
Kai wciąż nie odpowiedział. Nie widział celu w dawaniu borsukowi fałszywej nadziei.
Dira pokiwał łbem ze zrozumieniem.
Co teraz? - Zapytał jeszcze borsuk, oswajając się powoli z tym, co się wydarzyło.
Kai wciągnął powoli powietrze przez nozdrza.
Nikt tego nie wie...
Borsuk zwinął się powoli na pryczy. W beznadziejnym geście objął łapami kolana i wbił wzrok w ciemność. Widok, który Kai znał aż za dobrze. Tak wygląda nadzieja i godność, które sam zdusił jak bezradne szczenię.
Patrzył przez chwilę na borsuka. Ostatecznie Zamknął celę i przekluczył zamek, potem oddalił się, poprawiając mankiet munduru, próbował zetrzeć krew borsuka z białej tkaniny.
Mundur jest świętością. Nie ma na nim miejsca na plamy. .

***



Rebelianci opuszczali grotę, w której się kryli, jeden po drugim, odprowadzani przez kilkoro smoczych żołnierzy w białych mundurach ze złotymi zdobieniami. Nie stawiali oporu. Przegrali, gdy zebrali się w jednym miejscu i pojawił się Kai.
Błękitnołuski przyglądał się temu, patrzył uważnie. Choć biło się to z jego przekonaniami wiedział, że tak to musiało być. Dlatego tak istotne było, by z tym widokiem się oswoić. Bo właśnie tak będzie wyglądać jego codzienność.
Ci zwierze byli głupcami, ale byli też żołnierzami. Nawet, jeśli walczyli dla niesłusznej idei, przeciwko jedynemu słusznym porządkowi, to podobnie jak Kai byli gotowi oddać życie za ideę. Woleli śmierć od życia bez swojej wolności.
A potem pojawił się niebieskołuski. I ziścił ich najgorsze koszmary, odbierając im jedyną rzecz, którą cenili.
Popatrzył na Joltę. baran przyglądał się swoim pobratymcom i końcowi całego ruchu oporu. Na szczerym obliczu barana gościł radosny uśmiech.
Kai zmrużył ślepia.
Czy to było konieczne? - Zapytał.
Baran popatrzył na niego. Zasępił się na chwilę, zastanawiając się, co odpowiedzieć.
To wielki dzień, Przyjacielu. - Rzekł w końcu, patrząc w gadzie oczy i kładąc racice na piersi. - Nasz pobyt tutaj okazał się mieć sens i osiągnęliśmy coś wspaniałego. Zakończyliśmy bezkrwawo konflikt, który mógłby się ciągnąć latami i pochłonąłby setki istnień w imię absolutnie niczego. Wprowadziliśmy pokój w leśnej krainie, przywracając jej mieszkańcom spokój ducha. Wiem, że nie jest łatwo być tym, który robi to, co należy choć jest to bolesne.. Ale czemu zostałeś żołnierzem, jeśli nie tego pragnąłeś - walczyć, by zakończyć wojnę naszym zwycięstwem?.
Obrócił łeb i spojrzał jeszcze raz na grupę anveili.
Ludzie zaakceptują nas i Nowe Królestwo, nowy ład. Tutejszych zwierzy nie będzie obchodziło jaki proporzec łopocze nad ich domostwami. Będą chcieli żyć spokojnie i czuć się bezpiecznie i wierzę, że o to walczymy.
Uśmiechnął się lekko i zerknął na Kaia.
Ocaliliśmy tych anveili. - Powiedział z przekonaniem. - Ty ich ocaliłeś, przed ich własną nieporadnością. Na prawdę wolałbyś ich wszystkich pozabijać w bardziej równej walce?
Kai zastanawiał się przez chwilę.
Być może… - Mruknął.
Jolta zamrugał zbity z pantałyku. Popatrzył na smoka, który ruszył z powrotem do twierdzy.
Wszystko, czego pragnęli, to zostać żołnierzami, walczącymi o to, w co wierzą.. - Warknął jeszcze przez ramię.- pragnęli nimi zostać mimo, że urodzili się słabi. Myślałem, że ty jeden to zrozumiesz..
Baran milczał, jeszcze raz spoglądając na buntowników stłoczonych w jednym miejscu jak trzoda, ale tym razem paotrzył na nich inaczej, jakby dostrzegł coś, co umknęło mu wcześniej.
Kai szedł przed siebie. Niedługo opuści ten posterunek i to miejsce na zawsze. Ponieważ mimo młodego wieku pisany był mu inny los. Ktoś z jego mocą i oddaniem miał jeszcze przed sobą wiele wielkich, potwornych czynów.

***

Smoki nie piszą raportów. Zwierz zatrudniony w strażnicy notował wszystko za dowódcę.
Opasły smok siedział za biurkiem i łypał na Kaia. Niebieski elegancik z wypolerowanymi złoceniami i wyprasowanymi mankiecikami, zawsze z nienaganną postawą i stojący na baczność. Niezachwiany, bezbłędny. I nadgorliwy, sztywny jak kołek i podstępny jak wąż.
Eihorn prychnął. Postukał pazurami o blat.
Myślisz pewnie, że jesteś lepszy od nas. - Warknął. - Absolwent Akademii, wzorowy uczeń w każdej dziedzinie, wysłany do Bajorzyska. Szukający okazji, by się wykazać, nie tracący czasu, a jedynie pragnący zabłysnąć. Właśnie to sobie myślałeś, gdy rozbijaliście rebelię, co? Że wystrzelisz w górę, może nawet wyślą cię do stolicy...
Jeden z drobnych zwierzy polał mu wina do pełna. SMok chwycił kielich i wlał sobie je do gardła.
Kai nie odpowiedział. Niewzruszony słuchał, stojąc na baczność.
Wiem, co sobie myślisz. - Ciągnął dowódca. - Ale nie widziałeś jeszcze prawdziwego pola bitwy, Nie wiesz, jak działa zwalczanie ruchu oporu. To długa, mozolna walka, a nie bohaterskie czyny.
Eihorn uśmiechnął się. I podniósł plik papieru.
Pewnie myślisz, że po tym, co zrobiliście z Joltą niedługo was stąd przeniosą. Ale to moja decyzja, Kai. Jeden mój podpis w niewłaściwym miejscu i spędzisz w miejscu takim jak to resztę życia… Karierowicz taki jak ty nie wytrzymałby tu długo.
Kai wciąż się nie odezwał, co wydawało się tylko irytować dowódcę.
Podobno chcesz zostać koordynatorem tłumu. To prawda? - zapytał szyderczo.
Kai nawet nie drgnął..
Tak jest, Senn. - Potwierdził bez wyrazu niebieskołuski.
Tego właśnie chcesz? Uspokajać tłum? Uciszać protesty i prowadzić ludzi jak stado baranów? Ty, Kai? Ktoś, kto tak pragnie chwały i rozgłosu?
To nie ważne, czego pragnę, Senn. - Powiedział obojętnie Kai. - Liczy się to, do czego mam predyspozycje. Jestem doskonałym koordynatorem. Przy odpowiednim działaniu światy będą wiwatować na widok naszych wojsk, Senn.
Dowódca pokiwał łbem.
To prawda. - Powiedział. - Masz idealne predyspozycje. Ale oprócz tego by zostać koordynatorem, należy wykazać się niepodważalną lojalnością.
To prawda, Senn.
Eihorn uśmiechnął się lekko.
Porozmawiajmy zatem o twoim bracie… - Powiedział, odkładając plik kartek.
Kai zmrużył ślepia, ale nie okazał żadnych emocji, choć po raz pierwszy w rozmowie z dowódcą poczuł cień paniki..
Jesteś potężny, Kai. - Powiedział. - Jednak według opinii Akademii stać cię na znacznie więcej. Mógłbyś zapanować nad dwoma aspektami Ki, może nawet Implozją ale wybrałeś jeden, bardziej niszowy. Niebieska energia Ki jest potężna, ale bardzo sytuacyjna. W wielu przypadkach jest bezużyteczna, przeciw krillionom na przykład.
Eihorn pochylił się w stronę Kaia.
Mogłeś być bronią, tak jak twój bliźniak. Niszczyć góry skinieniem palca, rozrywać przeciwników samą swoją esencją. Możnaby pomyśleć, że masz jakiś ukryty motyw. Na przykład pomoc bratu, który płacze z bólu, gdy zbroja przebija jego ciało, by uwolnić drzemiącą w nim moc. Możnaby nawet dojść do wniosku, że marnując potencjał osłabiłeś Smoczą Gwardię, celowo wybierając dziedzinę, która może pomóc twojemu bratu… Jeśli to prawda, to znaczy, że przekładasz dobro rodziny ponad dobro Królestwa. A takie działanie dla Apostoła jest niewybaczalne...
Kai nie odpowiedział. Stał wpatrując się w pustą przestrzeń przed sobą.
Być może czas, by zakończyć wreszcie te plotki i spekulacje na temat ciebie i twojego brata. Jak sądzisz?
Kai nawet w tej sytuacji pozostawał niewzruszony.
Senn… - Powiedział w końcu. - Czy masz dla mnie jakieś rozkazy?.
Dowódca uśmiechnął się paskudnie, opierając łapy na blacie i pochylając się bardziej w stronę Kaia. Całe biurko zatrzeszczało groźnie.
Kai… - Powiedział. - Zabij swojego brata Langosa. To rozkaz. Masz go wykonać bezzwłocznie.
Kai przywołał obraz brata. Roześmiane, złote oczy, zagubiony uśmiech… Obaj nosili biały mundur ze złotymi zdobieniami.
Niebieskołuski milczał. Ale tylko przez chwilę.
Odmawiam, Senn. - Powiedział obojętnie.
HM?! Kai, czy ty odmawiasz wykonania bezpośredniego rozkazu od dowództwa?
Rozkaz jest niemożliwy do wykonania bezzwłocznie, Senn. - Powiedział Kai. - Langos dysponuje potężną Ki. Potrzebuję czasu na przygotowanie. Proszę o czas do zmierzchu. Senn.
Eihorn zmrużył ślepia, patrząc na Kaia z bliska.
Ostatecznie usiadł z powrotem za biurkiem i zarechotał złośliwie.
Spokojnie, chłopcze. - Rzucił z przekąsem. - To tylko taki żart. Pokładamy duże nadzieje w was obu.
Eihorn otworzył szufladę i wyciągnął z niego zapieczętowany list.
Rozkaz prosto od królowej. - Powiedział. - Ty i Langos będziecie walczyć ku chwale Królowej… Na arenie. Na turnieju, na pokaz. Całe Imperium ma zobaczyć, że Rycerze Królowej są lojalni ponad wszystko i że nie mają sobie równych w walce.
Niebieskołuski popatrzył na list.
Rozumiesz co to znaczy, Kai? Mam nadzieje, że twoja duma zniesie potyczki ku uciesze tłumu. I pamiętaj, nie możesz przegrać. Ty lub Langos macie zwyciężyć w tym pieprzonym turnieju. Jeśli smok z Akademii nie zwycięży, wszyscy się dowiedzą, że można was pokonać. A jeśli można pokonać elitę Armii Naraki, to można pokonać każdego jej żołnierza,,.
Eihorn skrzyżował łapy na brzuchu.
Ale jeśli zwyciężycie, Kai… Królowa spełni twoje dowolne życzenie. Rozumiesz?
Kai zasępił się. Roześmiane oczy. Błędny uśmiech, próbujący przykryć ból...
Milczał przez chwilę. Zmarszczył brew.
Nie tego się spodziewał.Walka ku uciesze tłumu? Nie tak zapowiadała się jego przyszłość. Jego sposób walki nie był ani czysty, ani efektowny.
Langos z drugiej strony….
Rozkaz, Senn. - Powiedział w końcu.
Możecie odejść. Czeka was długa droga do stolicy.
Kai zasalutował, pochwycił list z biurka i odszedł w ciszy.


Poprawił kołnierzyk, zapiął ostatnie guziki. Wyprostował zagięty mankiet i popatrzył w zamglone lustro.
Spoglądał chwilę we własne, chłodne, oceniające spojrzenie. Zastanawiał się, co czuje - obrzydzenie czy dumę?
Ostatecznie zmrużył powieki i opuścił wzrok. Potem wyszedł z komnaty.
Zjadł ostatni posiłek w twierdzy. Zajął się ostatni raz swoimi obowiązkami, wykonał ostatni obchód.
Ostatni raz zajrzał do celi, która pękała w szwach. Część z rebeliantów zostanie rzucona na pożarcie Smoczemu królowi, dla przykładu. Inny zostaną przewiezieni do innych więzień. A Ci najmniej zaangażowani trafią do obozów pracy.
Kai stał w milczeniu czekając, aż wszyscy więźniowie opuszczą cele.
Dostrzegł znajomą, borsuczą postać, wlekącą się w tłumie ze spuszczonym łbem. Przyglądał się jej chwilę, obserwował jak zatrzymuje się i podnosi wzrok.
Dwa borsuki stały naprzeciwko siebie w milczeniu, nie patrząc sobie w oczy. Obaj złamani i pełni wstydu. Ale jednak razem.
Zbliżyli się do siebie objęli się. Nie było w tym radości, ale była otucha. Było coś, czego obaj potrzebowali.
W zamian za współpracę z Królestwem dostali specjalne złagodzenie wyroku. Po krótkim pobycie w obozie wrócą do domu, choć Kai nie był pewien, czy właśnie tego pragnęli.

Tego dnia Kai dostał przepustkę. Opuścił strażnicę i udał się traktem w kierunku posterunku nad rzeką.
Wpuszczono go bez większych problemów. Udał się do jadalni i usiadł w niej, czekając cierpliwie wpatrzony w blat stolika.
Smocza gromada zjawiła się w samo południe. Błękitne ślepia wyglądały wśród odziału znajomego pyska. Kai wstał, gdy wreszcie znalazł to, czego szukał.
Karmazynowołuski wszedł do jadalni gaworząc z dwoma smokami. Czapkę miał pod pachą, kołnierzyk mu odstawał, a rękawy miał podwinięte odsłaniające okrągłe blizny.
Na widok Kaia zatrzymał się. Uśmiechnął się krzywo i pomachał mu, podszedł bliżej, gdy Kai jedynie stał na baczność i kiwnął mu lekko łeb.
Kai? - Rzucił Langos. - Co ty tu u licha robisz?
Błękitny popatrzył na niego spode łba. Z wahaniem położył mu łapę na ramieniu u przyciągnął go bliżej. Objął brata, z którym dzielił krew i moc.
Kai… - Wymamrotał karmazynowy odrobinę oszołomiony. Gdy jednak Kai zamknął oczy i wtulił pysk w jego szyję, Langos uniósł łapy i objął brata, który poza kolorem łusek był niemal identyczny z wyglądu.
Langos… - Mruknął Kai. - Cokolwiek się stanie, obiecaj mi jedno.
Czerwonołuski patrzył na brata z góry, obejmując go powoli.
Cokolwiek nas czeka… - Ciągnął Kai. - Proszę, nie rób nic głupiego.
Langos zawahał się, ale ostatecznie pokiwał łbem.
Potem musiał wrócić do swoich obowiązków, jednak Kai postanowił na niego zaczekać.
Gdy Langos wrócił, Kai ściągnął mundur i zostawił go w kufrze Langosa. Potem po prostu poszli na ryby.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Theme xandblue created by spleen modified v0.2 by warna

Strona wygenerowana w 0,06 sekundy. Zapytań do SQL: 9