Kraina Smoków Sha'aird Strona Główna
 FAQ   Szukaj   Użytkownicy   Grupy   Rejestracja   Szybkie Menu   Profil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości   Zaloguj 


Poprzedni temat «» Następny temat
Rozbitkowie
Autor Wiadomość
Schame 


Inne postacie: Ganqou, Perseusz
Wysłany: 2015-07-10, 22:48   Rozbitkowie

"Orszulo moja wdzięczna, gdzieś mi się podziała?
W którą stronę, w którąś się krainę udała?
Czyś ty nad wszytki nieba wysoko wniesiona
I tam w liczbę aniołków małych policzona?
Czyliś do raju wzięta? Czyliś na szczęśliwe
Wyspy zaprowadzona? Czy cię przez teskliwe
Charon jeziora wiezie i napawa zdrojem
Niepomnym, że ty nie wiesz nic o płaczu mojem?

Czy, człowieka zrzuciwszy i myśli dziewicze,
Wzięłaś na się postawę i piórka słowicze?
Czyli się w czyścu czyścisz, jesli z strony ciała
Jakakolwiek zmazeczka na tobie została?
Czyś po śmierci tam poszła, kędyś pierwej była,
Niżeś się na mą ciężką żałość urodziła?

Gdzieśkolwiek jest, jesliś jest, lituj mej żałości,
A nie możesz li w onej dawnej swej całości,
Pociesz mię, jako możesz, a staw' się przede mną
Lubo snem, lubo cieniem, lub marą nikczemną..."


~ Jan Kochanowski, Tren X



Pustynia, czesana przez surowe, nocne powiewy, wichrzące srebrzysty piasek. Mrowie gwiazd, od których kręciło się w głowie gdy próbowało się w nie spoglądać. Wśród wygładzonych, białych skał szło kilku włochatych pielgrzymów. Owinięci byli lekkimi, zwiewnymi szatami.
Szli w milczeniu. spowici blaskiem czterech księżyców, ciągnąc za sobą zmęczone zwierzęta. Myśleli jedynie o domu. O strawie, wodzie, ciepłym posłaniu. O swoich bliskich, którzy czekać będą u progu.
Ciężarna kobieta na grzbiecie spokojnej, łagodnej jaszczurki chwiała się w siodle. Walczyła ze snem, co jakiś czas podrywała się, to znów wtulała w wierzchowca, dręczona przenikliwym zimnem. Jej mąż zdjął z siebie płaszcz, będący tak na prawdę trójkątem z grubej tkaniny i okrył ją. Kontynuował podróż nagi od pasa w górę. Jeszcze raz zerknął na ukochaną istotę, nim dalej zaczął przedzierać się przez piaski.
Po chwili ktoś zakrzyknął. Wskazał palcem na horyzont, w stronę kotłujących się nad wydmami piasku. Pochód zatrzymał się i nomadzi byli gotowi rozbić obóz, w którym mogli przetrwać pustynną nawałnicę.
Jednak jeden wciąż spoglądał w jej kierunku, obserwował, jak się zbliża. W pewnym momencie zamarł i spojrzał na nią z przestrachem. Zadrżał i odwrócił się do towarzyszy. Zawołał coś, wskazując wyraźnie w stronę wydm. Jego towarzysze spojrzeli w tamtą stronę.
Kobieta pisnęła.
Żadna znana im burza nie wyrywała z piasku skał, nie mieliła ich jak zboża między żarnami. Ta nawałnica rosła z każdą sekundą, kotłowała się ogromną masą pustynnych piasków, wciągała do swojego wnętrza potężne bryły białego kamienia i kruszyła je. Nomadzi jedynie stali przerażeni i przyglądali się, gdy kataklizm uderzył w nich.
Znaleźli się nagle w gęstym obłoku pyłu, zaczęli krzyczeć do siebie nawzajem mimo ogłuszającego świstu wiatru, kilku zaczęło chwytać się za ręce, przewiązywać swoje ubrania razem, by się nie rozdzielić.
Przerażony, juczny jaszczur zaryczał, przerażony i zdezorientowany, cofnął się o kilka kroków, a kobieta na jego grzbiecie rozglądała się zdezorientowana. Wtem - głuchy huk, zwierze ucichło, padło na piasek, trafione odłamkiem skały. Padł na brzuch, zrzucając z siebie ciężarną, ta padła na twarz, jęknęła, a potem skryła się za nieruchomym, gadzim cielskiem swojego wierzchowca. Wyjrzała zza niego i znieruchomiała w przerażeniu, nie zdołała nawet wydusić z gardła krzyku.
W jej stronę, kilka metrów nad ziemią, sunęło monstrum, otoczone wirującymi piaskami i skałami. Potwór był cały ze stali, a jego oczy świeciły się złowieszczą czerwienią. Istota miała rozłożono szeroko ręce, w jednej dzierżyła błękitny, w drugiej szkarłatny płomień.
Kobieta upadła do tyłu i zasłoniła się przed zbliżającym potworem ręką. Wtedy ujrzała, jak jej mąż staje między nią a potworem. Jak krzyczy, jak macha obiema rękami.w stronę potwora. Jak w końcu pada przed nim na kolana i na twarz jak przed rozgniewanym bóstwem. Potem znów się podniósł, zasłaniając swoją żonę, unosząc błagalnie ręce.
Istota najwyraźniej popatrzyła na niego z góry, mrużąc ślepia. Nagle jej stalowe ciało pokryło się błękitnym i czerwonym blaskiem, a potem monstrum wysrzeliło w powietrze, zostawiając za sobą smugę światła.
W tym samym momencie nawałnica ustała, choć pył jeszcze długo wisiał w nocnym powietrzu.

***

Zhilang opadł na skały, dysząc ciężko. Przysiadł na niej i skulił się, obie łapy przyciskając do piersi. Starał w sobie zdusić śmiercionośną moc, promieniującą z jego trzewi, W końcu moc zaczęła koncentrować się pod jego żebrami, ściskać się, maleć, aż w końcu zniknęła. Wtedy padł na ziemię wycieńczony.
Kolejne niepowodzenie, znów niemal doprowadził do śmierci niewinnych. Kolejny obcy świat, wyglądający na opuszczony, okazał się tętnić życiem.
Kijanko bezskutecznie starał się odnaleźć pustą, wymarłą rzeczywistość, w której nie mógł nikogo skrzywdzić, w której mógł się zaszyć, by nauczyć się kontrolować swoją wciąż rosnącą moc. W jego wnętrzu wciąż się kotłowało przez doznane niedawno cierpienia i zawód. I za każdym razem, gdy popełniał błąd, cierpieli inni.
Odpoczywał długo, wpatrując się w gwiazdy, a jego oddech zwalniał stopniowo. W końcu podniósł się, otoczył energią Ki. Potem zaczął wzlatywać, coraz wyżej i wyżej, aż opuścił ten świat na zawsze.

Przestrzeń między światami, mimo, że rozległa, nie była pusta, magia tętniła tu niemal na każdym kroku. Zhi korzystał z ukrytych zakamarków, pęknięć w wszechświecie i magicznych połączeń, by przemierzać obce zakamarki multiwersum. Podstaw tej techniki nauczył się od anveili, którzy wykorzystywali podobne przejścia w zaświatach. Zhi, otoczony potężną energią, wyglądał wśród mgławic jak rodzące się ciało niebieskie.
W końcu znalazł kolejne przejście Wzleciał do niego, niczym ptak do gniazda i zniknął, pojawiając się po drugiej stronie.

***

Pęknięcie wyrzuciło go w pustą przestrzeń powietrzną. Musiał zacisnąć mocno powieki przez oślepiające go światło. Zaczął je otwierać dopiero po chwili zaczął je uchylać, zasłaniając pysk łapami. Rozejrzał się w około. Znów pustynia, tym razem o złotym piasku i co więcej - znajoma.
Czyżbym już wrócił? - dziwił się w myślach, przyglądając odległej Tzekrillii. Podleciał bliżej, wciąż osłonięty bańką.
Oglądał miasto z góry, lecąc nad nim. Coś tu nie grało... Niby układ ulic był taki sam, widział wiele znanych mu budowli, ale część domostw wydawała się inna. Skały, z których zbudowano miasto wydawały się starsze, bardziej zużyte, ciemniejsze i lekko spękane miejscami. Być może nie był to więc jego własny świat lub minęło więcej czasu, niż mu się zdawało.
Zaintrygowany postanowił się o tym przekonał. Wylądował na zatłoczonym placu, na którym handlowali ludzie, krille i anveile z całego świata. Nikt nie zwrócił na niego uwagi. Rozpoznał kilku kramarzy, kilku nawet przywitał. Pokręcił się trochę, popatrzył na stragany, wciągał nozdrzami powietrze.
Nie był pewien, co powinien zrobić. Mógł odejść i dalej szukać pustej, alternatywnej rzeczywistości. Ale co, jeżeli to jego świat? Co jeżeli faktycznie minęło tu aż tyle czasu? Co, jeśli wydarzyło się coś złego pod jego nieobecność? Musiał się przekonać. Dlatego wzniósł się i udał do znajomego miejsca - pracowni None'a.

***

- Udało się! Cholera, to na prawdę działa!
Gargulec zaśmiał się i doskoczył do rozchichotanego dziewczęcia, pochwycił je w ramiona i wtulając mocno, obrócił się z nią na piętach. Dziewczyna o długich, kasztanowych włosach pisnęła.
- Postaw mnie, wariacie! - Zawołała rozbawiona. Okulary spadły z jej nosa na podłogę.
Gargulec puścił ją ostrożnie, a potem cofnął się, śmiejąc się gromko i unosząc wysoko ręce, napinając muskuły.
- Mam ochotę wskoczyć na dach i zaryczeć tak, żeby wszyscy słyszeli! - Huknął. Dziewczyna pokręciła głową i podeszła do niego, poprawiła żółtą chustę pod jego szyją, zapięła guzik na jego piersi , stanęła na palcach i pocałowała go w policzek, wsuwając jednocześnie palce do jego spodni.
- Niezły pomysł, ale mam lepszy. - Mruknęła. - Pamiętasz tę zabawkę, którą zrobiłeś ostatnio?
- Ojej...
- O tak....
Gargulec uśmiechnął się szeroko i zamruczał, zbliżając nos do jej twarzy, szyi, w końcu zanurzając go między jej piersi. Ona jednak objęła palcami jego łeb i uniosła go na poziom swoich oczu.
- Zrobimy z niego użytek... jeżeli będziesz grzeczny na dzisiejszej kolacji u mojej mamusi. - Rzekła z uśmiechem.
To zupełnie zabiło w nim cały entuzjazm. Zwiesił łapy i spochmurniał, a ona poklepała go po pysku i wróciła do pracy.
- To nie będzie takie łatwe, biorąc pod uwagę, jak ta urocza, kochana kobieta mnie nie lubi. - Mruknął.
- Bądź wobec niej wyrozumiały, nie spodziewała się, że jej zięć będzie wielkim, skrzydlątym gadem. - Klarowała mu dziewczyna, chwytając w palce śrubokręt.
Już chciał coś odpyskować, kiedy nagle usłyszał pukanie do drzwi. Podgwizdując dość nieudolnie (jaszczurze wargi) podszedł do nich i otworzył je.
Ujrzał w nich niskiego smokokrwistego humanoida, którego poznał bez trudu.

- Cześć None, przeszkadzam? - Zagadnął Zhi. Przyglądał się postaci starego przyjaciela i w Gargulcu było coś... innego. Czysta, biała koszula, uważne, zdziwione, ale bystre spojrzenie. Wyglądał na zdrowego i wypoczętego, zupełnie innego niż dnia, gdy widział go ostatnio.
Gargulec nie odpowiedział. Stał osłupiały. Po chwili ściągnął na nos gogle, potem znów je zdjął, znów założył, na koniec znów odsunął swoje błękitne oczy.
- Zhi... Z-zhi...
- No a kogo się spodziewałeś, potwora Spaghetti?
Gargulec nagle skoczył do niego i pochwycił go w ramiona, niemal łamiąc jego rybie ości.
- Zhi, to na prawdę ty?!
- No już, wystarczy! - Wydyszał kijanko, Gargulec wypuścił go. - No proszę, dawno nie widziałem cię w tak dobrym humorze. - Dodał, spoglądając na przyjaciela zaintrygowany.
Zhi zaczął nabierać przekonania, że to nie jego rzeczywistość, w końcu Gargulec ostatnimi czasy zmagał się nie tylko z własnym nałogiem, ale też ze swoją dziką naturą. Możliwe jednak, że podczas nieobecności Zhi komuś z Nuandy udało się mu pomóc, a None po prostu ucieszył się na powrót starego kumpla.
- Ale to... to niemożliwe. - Gargulec pokręcił łbem. - Ty, tu? Jak? Z resztą zaczekaj, musisz natychmiast spotkać się z Nuandą, oni muszą wiedzieć, co się stało. Ale nie! Najpierw poznaj Margaret, moją narzeczoną.
Dziewczyna pomachała kijance przyglądając mu się z zaciekawieniem. Zanim jednak Zhi zdołał jej odpowiedzieć, Gargulec chwycił go w pasie i rzucił na swoje ramiona, by po chwili wzbić się w powietrze.
Udali się do Serca Tzekrillii, a Zhi poznał dobrze mu znany apartament Soltheima. Zhi z początku chciał wypytać w drodze Gargulca o cąłe mnóstwo rzeczy zaczynając od tego, co działo się pod jego nieobecność. Uznał jednak, że najlepiej będzie zapytać o to Nuandę, skoro zmierzali na spotkanie z nimi. None wydawał się zbyt rozkojarzony i pobudzony. Nie chciał jednak obciążać przyjaciela, wzniósł się więc w powietrze i przemienił w swoją smoczą postać.
Wylądowali na balkonie i weszli do środka. Zhi szybko objął wzrokiem wszystkich, których spodziewał się tutaj zobaczyć. Najpierw Ganqou, potem Sola, Molocha, Połchuna...
- Czy... Czy to... - Zaczął kryształowy mag.
- To jakaś sztuczka? Iluzja? - Powątpiewał Połchun. Wszyscy jego towarzysze poderwali się jak na widok ducha.
Spoglądał na Federicka, Tregona, Teharotha...
Wstrzymał oddech. Rybie serduszko Zhi nagle zamarło. Niemal pękło, a do oczu momentalnie napłynęły łzy.
Spoglądał na blednącą twarz Mistyczki. Na jej drżącą wargę. W jej migoczące, poruszone oczy.
- Zhi... - Wyszeptała niemal bezgłośnie.
Yuli...
Oboje spoglądali na siebie jakby śnili na jawie. W końcu Zhi zbliżył się do niej, drżącymi palcami dotknął jej policzka, nosa, ust. Jakby chciał sprawdzić, czy na pewno jest prawdziwa. Ona otarła jego łzy.
- Yuli... Ty jesteś tutaj. - Zdołał wydusić, dusząc się własnym płaczem.
- To sen, Zhi?
- Nie sądzę, ostatnio... ostatnio miewam tylko koszmary.
Objęła go, przytuliła do siebie mocno, jakby chciwie. On pochwycił ją również, jakby bał się, że jeśli ją wypuści, to znów straci.
Sączył jej zapach chciwie. Zapach, o który bał się, że wkrótce go zapomni.

Zhi nie wyjaśniał, co mu się przydarzyło. Kiedy wreszcie wraz z Mistyczką nacieszyli się sobą, wyjaśnił Nuandzie, że podróżował między światami. Że przemierzył wiele pustych światów. Że najwyraźniej pochodzi z alternatywnej rzeczywistości. Członkowie Nuandy chwytali się za głowy, próbowali wykryć wokół niego iluzję, pytać o coś osobistego mimo, że Sol od razu rozpoznał ducha Zhi. W końcu nawet najwięksi niedowiarkowie musieli przyznać: stał przed nimi Zhilang, zupełnie żywy.
Okazało się, że w tym świecie Zhi również zginął za sprawą Dracarta. Coś jednak poszło inaczej, bo Zhilang nigdy już nie wrócił do życia. Kijanko starał się słuchać, jak opowiadali mu o swoim świecie, ale tak na prawdę liczyło się tylko jedno: ona tu była i on też. Niemal bez zastanowienia postanowił, że zostanie tu już na zawsze.
Po raz pierwszy od bardzo dawna nie musiał walczyć z samym sobą, ze swoją rozpaczą, z mocą, która kipiała w nim za każdym razem, gdy tracił nad sobą kontrolę. Siedział trzymając obie ręce Mistyczki i szczerzył się jak spity Barco - jak kretyn. Istniała tylko ona i ten dziwny świat, który wbrew wszelkiej logice istniał.
Mieli się już nigdy nie spotkać. Oboje opłakiwali śmierć ukochanej osoby. A jednak Stwórca postanowił dać im jeszcze jedną szansę.
W końcu Nuandczycy pozwolili im odejść mimo wielu pytań do Zhi. Sol jednak przekonał pozostałych, że przesłuchiwanie przybysza nie ma sensu - trzeba po prostu dać im najpierw nacieszyć się sobą.

Było ciepłe, letnie popołudnie, dziwnie irracjonalne. Mimo pustyni, znajdowali się wśród bujnej, zielonej roślinności, wśród krzaków z dorodnymi malinami i pomiędzy kwiatami lilii. Gdzieś niedaleko znajdował się staw, w którym Zhi postanowił się zanurzyć, by się ochłodzić. Mistyczka przysiadła za nim, dzięki czemu mógł położyć łeb na jej kolanach, a ona drapała go za kryzą.
Cały ten wyśniony ogród jeszcze bardziej sprawiał, że Zhi obawiał się, że ma do czynienia z mirażem. Że zaraz wszystko się rozpłynie, a on pozostanie sam wśród kosmicznej ciemności, pogrążony we własnym szaleństwie. Ale przecież była tu...
Czuł dotyk jej ust na swoim nosie, gdy przechadzali się po ogrodzie. Czuł łaskotanie jej włosów na swoim karku, gdy siedzieli w cieniu rozłożystej, tropikalnej palmy. Przecież słyszał, jak rozbrzmiewał jej śmiech, jak bije jej serce...
Zmrużył oczy, odpychając się nogami i wprawiając huśtawkę w kołysania. Ona siedziała obok, kładąc mu głowę na piersi, Można by pomyśleć, że będą oboje mieli sobie sporo do powiedzenia, ale siedzieli w milczeniu, wsłuchując się w beztroskie, ptasie trele.
Zhilanga po raz pierwszy od ich spotkania naszły bardziej ponure myśli. Ten świat, świat bez niego, wydawał się lepszy. Tzekrillia nigdy nie została zniszczona, Gargulec był szczęśliwy.
Ale przede wszystkim, W tym świecie Mistyczka nigdy nie zginęła.
Ukrył nagle pysk w łapie, a ona niemal od razu wyczuła, że coś jest nie tak. Otworzyła oczy szerzej, uniosła głowę i spojrzała na niego.
- Zhi, co się dzieje? - Zapytała zatroskana. Musnęła palcami jego podbródek i przysunęła do niego swój pysk, by móc spojrzeć mu w oczy.
- Yuli, nie powiedziałem ci tego... - Zaczął, unikając jej wzroku. - Ale w mojej rzeczywistości... Zginęłaś. Poległaś w walce.
Milczała, gładząc jego policzek. Wiedział, że rozumiała.
- Długo zastanawiałem się, czy postąpiłem słusznie, czy zrobiłem wszystko, by cię ochronić. Czy dokonałem właściwych wyborów. A kiedy przybyłem do tego świata, okazało się, że żyjesz... i ja... - Czuł, jak powoli ogarnia go rozpacz.
- Zhi, to bez znaczenia! - Sprzeciwiła się Mistyczka. - Cokolwiek stało się w twoim świecie, każdy z nas dołączył do Nuandy wiedząc, czym ryzykuje. Ja również. I ty... Nie możemy spoglądać w przeszłość, bo jej nie zmienimy. Sprawi nam to jedynie jeszcze więcej bólu. Każdy z nas popełnia błędy, ale musisz wreszcie oswoić się z myślą, że zmieniając świat nie jesteśmy w stanie kontrolować konsekwencji naszych poczynań. Zrobiłeś wiele dobrego, ale nie zdołałeś uratować wszystkich. A ja... ja jestem po prostu szczęśliwa, że żyjesz, że jesteś tutaj. Może zabrzmi to strasznie egoistycznie, ale ja cieszę się z twoich wyborów. Bo zaprowadziły cię tutaj.
- Może masz racje, ale... Mam wrażenie, że to nie moje miejsce. Że nie powinno mnie tu być? - Zerknął na mnie. - Że zostając tutaj poddaje się snom i marzeniom rezygnuję z miejsca, do którego należę. Czuję się tutaj jak obcy, jak rozbitek, jak...
Ujęła jego pysk w palce i pocałowała go. Nagle wszelkie wątpliwości prysnęły jak bańka. Zarzuciła mu ręce na ramiona, a potem poderwała się, by usiąść na jego kolana. Po chwili wahania odważył się musnąć jej lekko spoconą skórę palcami.
Oderwała wargi od jego pyska i stuknęła go palcem w nos.
- Jeżeli nie czujesz się tutaj dobrze, zabierz mnie do swojego świata. - Rzuciła w końcu.
Zhi rozpromienił się.
- Na prawdę?! Zrobiłabyś to dla mnie?
- Nie ważne gdzie, ważne, że razem. - Wyjaśniła.
Zastanawiał się nad tym przez chwilę. Na prawdę tego pragnął, ale...
- Już raz tam zginęłaś. - Rzekł z goryczą. - Gdyby to się powtórzyło...
- Uważasz, że tu jestem bezpieczniejsza, to bzdura. Wiem, że się o mnie martwisz, ale ufam ci. Cokolwiek wybierzesz, zostanę przy tobie.
Uśmiechnął się do niej lekko. Jednak czy mógł oczekiwać, że porzuci dla niego swój świat? Żeby on mógł zostać przy swoim. Ten wydawał się mimo wszystko lepszy, choć miał wrażenie, że wszystko to jest fałszywym obrazem. Że tak, jak w jego świecie, również w tym kryje się zło.
- Muszę to przemyśleć. - Rzekł w końcu.
- Nie spiesz się. Nie chcę, żebyś potem musiał się znów dręczyć myślami, czy postąpiłeś słusznie.
Uśmiechnął się do niej z wdzięcznością, a potem pocałował, próbując unieść na nogi razem z nią. Ale stracił równowagę i znów opadł na ławkę. Będzie musiał poćwiczyć.

- Uważaj, Zhi. - Usłyszał głos za swoimi plecami.
Kijanko opuścił apartament Mistyczki, ponieważ nie mógł znieść panującej w środku duchoty. Spoglądał na lśniącą tarczę księżyca, gdy usłyszał głos za swoimi plecami. Obejrzał się, jednak nie zobaczył nikogo.
Drgnął, gdy coś wskoczyło na barierkę tarasu. Jakimś cudem niezgrabny mrównik zdołał go po cichu zajść. Zwierzak spoglądał w gwiazdy. Mistrz Ki przyjrzał mu się uważnie.
- Glae. Spodziewałem się, że będziesz w tym świecie chudszy, nie wiem, czemu.
- Ja wszystko rozumiem, Zhi. - Rzekł mrównik powoli. - Jesteście zauroczeni sobą. To wszystko, to spotkanie, jest takie romantyczne, takie niezwykłe. Ale musisz uważać, przed kim otwierasz serce.
- Zaczyna się... - Prychnął lekceważąco Kijanek.
- Mistyczka to Niebianka...
- PÓŁ-Niebianka!
- Cicho bądź. Sam jestem Nefilimem. Poza tym dużą część życia Mistyczka spędziła wśród Niebian. A dla wszystkich Niebian żywi są... czymś ciekawym. Czymś nowym. A oni uwielbiają doznawać nowych rzeczy...
- Uważaj na słowa, Glae... - Zagroził stalowołuski, spoglądając na prosiaka.
- Posłuchaj, Mistyczka zawsze pragnęła miłości, niemal rozpaczliwie. Zrozum, że ona jest gotowa rzucić się w nią jak w głęboką wodę. Nigdy nie doznała tej prawdziwej, wielkiej, ale słuchała poezji, czytała ballady, dlatego zapragnęła się zakochać. Historia z kochankiem który umarł i powrócił, wydaje się jej, że to historia jak z prawdziwego romansu...
Zamilkł, bowiem wokół niego zaczął pojawiać się krąg energii Ki.
- Po prostu... stój pysk... - Warknął Kijanko.
- Zhi...
Mnich zamilkł. Miał w głowie jej pocałunki, jej dotyk. Jej pragnienie. Wszystko to było jak sen, jak mara, zbyt piękne, by być rzeczywiste.
Pochylił się nad barierką, wpijając weń palce. Mistyczka mnie kocha. Kocha. To prawdziwa miłość...
- Jesteś dla niej bardzo ważny, Zhi. - Kontynuował mrównik. - Nawet nie wiesz, jak bardzo. Ale miłość to coś więcej niż siedzenie na huśtawce i trzymanie się za ręce.
- Skąd wiesz? Byłeś kiedyś zakochany.
- Byłem zakochany, byłem też zauroczony, czasem omamiony.
- Więc czym jest dla ciebie miłość?
Glae zastanowił się przez chwilę.
- Uczuciem tak mocnym, że zniesie wszystko, nawet najgorszą prawdę. Zhi, jest coś, co musisz wiedzieć o Mistyczce. I o tym świecie.
Glae opowiadał, a Zhi chłonął jego słowa mimowolnie. Wpatrywał się gwiazdy, które wydawały się dokładnie takie, jak w jego świecie, a przecież były to inne gwiazdy. Myślał o dziewczynie, którą tak dobrze znał...
Kiedy Glae skończył, Kijanko milczał długo.
- Zhi, ja... uznałem, że musisz to wiedzieć. Jeżeli to, co was łączy, to faktycznie miłość...
Urwał, gdy został chwycony za skórę na karku, potem jego niezgrabne ciałko zawisło wysoko nad ulicą.
Zamachał łapkami, gdy Zhi bezceremonialnie cisnął nim w dół. Zwierzak leciał długo, aż huknął o kamienny bruk i odbił się od niego. Glae zdołał przewrócić się na grzbiet i spojrzeć w górę, na taras. To, co się zdarzyło, zmroziło mu krew. Zhi, którego znał, nigdy by tego nie zrobił. Nigdy by nie skrzywdziłby żywej istoty, nawet nieśmiertelnej, tylko dla własnej satysfakcji.
Spoglądał w górę, w stronę tarasu, ale smoka już tam nie było.

Gdy Mistyczka wstała o poranku, śniadanie już na nią czekało. Zhi był uprzejmy, miły, pomocny. Nie dał po sobie w żaden sposób poznać, że rozmawiał wczoraj z Glae. Kiedy jedli jednak razem, spoglądał na ukochaną wyczekująco.
Po śniadaniu uderzyli w łaźnię, a potem odwiedzili Soltheima. Zhi nie naciskał jej, nie wypytywał. Był pewien, że Yuli powie mu prawdę, że potrzebowała tylko czasu. Jednak z każdą kolejną beztroską chwilą zaczął tracić cierpliwość.
Jedli kolacje, kiedy postanowił sam zacząć temat.
- Yuli...
- Nie przejmuj się, Zhi, na prawdę smakują mi te ryby.
- Nie o to chodzi. - Zawahał się. - Gdyby było coś ważnego... powiedziałabyś mi, prawda?
Zerknęła na niego, ocierając usta serwetką. Wzruszyła ramionami.
- Pewnie, że tak, chyba, że nie wiedziałabym, że nie wiesz. Nasze światy różnią się, to normalne, że coś mogło się potoczyć inaczej w alternatywnych rzeczywistościach. Chodzi o coś konkretnego?
- Chodzi o moją śmierć, Yuli.
Mistyczka znieruchomiała, wciąż zakrywając usta chusteczką. Spoważniała, a potem zaczęła ją składać. Zhi niemal wyprowadziło z równowagi to, z jakim spokojem to zrobiła. Ręka nawet jej nie drgnęła, gdy gładziła tkaninę palcami.
- W mojej rzeczywistości to Sol ocalił mi życie. Cholernie uparty skurwysyn, już miałem do końca wszechświata spijać mleczko kokosowe w otoczeniu Niebian, kiedy usłyszałem jego wyzwanie. - Uśmiechnął się sztywno. - Nigdy nie odpuścił. Nie pozwoliłby odejść komuś, na kim mu zależało. Dlatego zastanawiałem się... co poszło inaczej.
Obserwował ją bardzo uważnie, wyczekując jakieś reakcji. Ona przez chwilę spoglądała w swój talerz, aż w końcu odrzuciła głowę do tyłu. i spojrzała mu w oczy.
- Kto ci powiedział? - Zapytała.
- Glae. - Wypalił niemal bez zastanowienia.
Westchnęła.
- Ja... chciałam ci powiedzieć. Ale byłeś taki szczęśliwy... Po raz pierwszy od tak długiego czasu...
Jej oczy zeszkliły się lekko od łez.
- Przepraszam, Zhi.
- Yuli, to dla mnie niczego nie zmienia. Wciąż cię kocham. Ale sam dźwigam konsekwencje moich decyzji. Czasami łatwiej jest... po prostu powiedzieć prawdę. Razem jest łatwiej sobie poradzić z pewnymi rzeczami.
Wyciągnął w jej stronę dłoń, a ona pochwyciła ją momentalnie, jak konający na pustyni chwyta za bukłak z wodą.
- Glae nie kłamał. Sol faktycznie przywrócił cię do życia. Ciągle pamiętam tamten dzień i nie mogłam zapomnieć...

***

Jej serce waliło jak oszalałe, gdy biegła po schodach ze stalowej siatki. Dopadła do drzwi ze złotą literą V i wpadła do szpitalnej sali "Grzmiącego". Pragnęła go ujrzeć. Chciała po prostu... znów mieć go przy sobie.
To, co zobaczyła, przeraziło ją.
Spalony kawał mięsa zanurzony częściowo w szklanym akwarium. Zmasakrowane cielsko, w którym ledwie rozpoznała przyjaciela, zwęglone, pokryte stężałą krwią, podłączone do bezdusznych, straszliwych machin, pracujących na okrągło, by podtrzymać ostatni płomyk życia w ciele Zhi.
Nie potrafiła wydusić z siebie słowa. Dochodziła do jej uszu rozmowa Molocha i Gargulca, ale nie słuchała. Powoli zbliżyła się do baseniku i przyklęknęła przy nim. Wtedy zobaczyła jego oczy.
W pierwszej chwili chciała go objąć, pocieszyć, pocałować, ale nie potrafiła się zmusić. Poderwała się więc i wybiegła stamtąd. Jednak ślepia przyjaciela nie zniknęły, ciągle miała je przed oczami.

- Czy jego to boli? - Zapytała drżącym głosem, skulona na korytarzu.
- Zrobimy wszystko, by go nie bolało. - Odpowiedział wymijająco Moloch, przysiadając naprzeciw niej.
Próbował ją uspokoić. Powtarzał, że to Zhi, że on nigdy się nie poddaje. Że po narodzinach był praktycznie w podobnej, beznadziejnej sytuacji. Powtarzał jej żałosne słowa bez znaczenia, które tylko ją rozgniewały. Skinęła mu więc tylko i odeszła.
Pod przymkniętymi powiekami widziała jego oczy.

Mijały kolejne tygodnie. Nie było dnia ni nocy, by Mistyczka nie czuwała przy Zhi, pielęgnowała go, opatrywała, myła. Próbowała zachowywać optymizm, a przynajmniej maskę optymizmu. Tak jak wtedy, kiedy położyła jego kroplówkę obok akwarium i stuknęła go w nos palcem.
- Może dzisiaj spróbujesz coś zjeść? Co ty na to? - Zagadnęła niemal wesoło.
Nie odpowiedział, nie mógł. Wpatrywał się jedynie w jeden punkt nieruchomą, w jedną z ozdób w swoim akwarium. To był jej pomysł. Chciała, żeby basenik przyozdobić jakimiś roślinkami i morskimi żyjątkami, które Zhi znał. Chciała wierzyć, że może to mu przynieść odrobinę radości.
Przyglądała mu się przez chwilę, stukając palcem w szkło. W końcu odsunęła kroplówkę i chwyciła w palce talerzyk z małymi, marynowanymi makrelami. wstała i zrobiła krok nad ścianą basenu i weszła do akwarium bosą stopą. Podeszła bliżej i przyklęknęła przy nim w wodzie, kładąc talerzyk na jednym z wilgotnych kamieni. Uniosła jego łeb i położyła na swoich kolanach. Jedną ręką gładziła go, drugą sięgnęła po jedną makrelę.
- No, dalej. Chociaż spróbuj... - Wyszeptała, przysuwając mu rybkę i wsuwając ją do jego pyska.
Zdobył się na niesamowity wysiłek, by przeżuć ją. Poruszał ledwie dostrzegalnie szczęką.
- Świetnie, bardzo dobrze... - Pochwaliła, wciąż gładząc go troskliwie.
Wreszcie Zhi spróbował przełknąć, ale nie skończyło się to najlepiej. Ryba mimo, że maleńka, musiała utknąć w jego krtani, bo momentalnie zaczął się dusić. Mistyczka zerwała się na równe nogi. Wiedziała, że jest zbyt słaby, by chociaż odkrztusić, że jego organizm właściwie zaprzestał samodzielnej pracy. Dopadła do skalpela, by zrobić na jego szyi małe nacięcie. Dopiero, gdy jego oddech uspokoił się, użyła magii transmutacji, by rozszerzyć jego przewód oddechowy. Wtedy wsunęła rękę w jego przełyk, by wyciągnąć rybkę.
Mimowolnie spojrzała w jego oczy. W ślepia, które nie zmieniły wyrazu mimo wielu dni po jego "powrocie". W ciąż widziała w nich smutek, ból i rezygnacje. Ich widok prześladował ją każdego dnia. Bo mogłaby przysiąc, że widzi też w tych oczach prośbę.
Nie wytrzymała. Wyciągnęła rękę z jego paszczy i wyszła z basenu, zakrywając oczy dłońmi. Wplotła palce w swoje włosy rwąc je niemal, ale nie mogła pozbyć się widoku tych oczu.
- Już dłużej tak nie mogę. Nie potrafię...
Czuła się bezsilna, brakowało jej snu, ale przede wszystkim nie potrafiła się przekonać, że postępuje słusznie. Że tego chciałby Zhi. Żyć, bez względu na wszystko. Nie odpuścić, chociażby nie było nadziei.
Odwróciła się. Spojrzała na niego, a po jej oczach spływały zły.
- Czy tego właśnie chcesz, Zhi? Czy właśnie to mam zrobić? - Wyszeptała. Po jej policzkach spływały łzy.
Nie odpowiedział jej, nie mógł.
Wreszcie doszła do siebie. Skończyła usuwać rybę z jego gardła. Podniosła talerz z makrelami, chwyciła kroplówkę, wbiła igłę w jego ciało. Mechanicznie, jak urządzenia, podtrzymujące go przy życiu. Zobojętniała, z uczuciem pustki pożerającym jej serce.
Kiedy jednak stanęła przy bezustannie pracującej maszynerii, znieruchomiała. Zawiesiła powoli kroplówkę.
Tylko po to, by po chwili zacisnąć na niej palce.
paznokcie przebiły cienką torebkę. Obserwowała, jak płyn ścieka jej po palcach, jak kamie na podłogę.
Opuściła dłoń, wyprostowała się, wzięła głęboki oddech. Na sali słychać było jedynie pompkę akwariową, defibrylator i inne urządzenia, których nie potrafiła nazwać.
Po chwili ucichła pompka.
Wypuściła przewód doprowadzający powietrze do wody w obu dłoniach, by po chwili upuścić go powoli do wody. Zhi wciąż się nie poruszył.
Kolejny ucichł defibrylator. Kolejne urządzenia zamierały, gdy Mistyczka zrywała kolejne przewody zasilające. Powoli, niespiesznie. Pozbawiona nadziei, zobojętniała. Jakby sama była pustą maszyną.
W końcu zrobiło się zupełnie cicho.
Obróciła się w stronę Zhi, przyglądając mu się uważnie. Weszła do basenu, podeszła do niego i znów przyklęknęła przy nim. przytknęła dwa palce do jego szyi i wyczuła słaby puls. Pochyliła się nad nim i przytuliła się do niego kładąc się w zimnej wodzie. Przylgnęła policzkiem do jego szyi, gładząc jego łeb troskliwie.
- Jest inny świat... - Wyszeptała. - Tak wiem gdzieś tu...
Po jej twarzy spływały kolejne łzy, wprost na jego kark.
- Nie za lasami tu, po prostu on jest tu...
Przełknęła z trudem ślinę. Miała wrażenie, że głos więźnie jej w gardle.
-I czuję płonie światło tuż obok nas. Tak czuję światło płonie. I złoty deszcz a tęcza tęcz nad głową. Wystarczy tylko spojrzeć...
Czuwała przy nim do samego końca, nie opuściła go dopóki jego oddech całkiem nie ustał. Miała wrażenie, że na koniec wydał z siebie pełne ulgi westchnięcie, ale mogło być to dzieło jej wyobraźni.
Nawet, kiedy już go tam nie było, ona wciąż wtulała się w jego cielsko.
- Przyszedł już czas wielkiego powrotu
Do odczuwania prawd, widzenia ważnych słów
I czuję płonie światło tuż obok nas,
Tak czuję światło płonie
A złoty deszcz, a tęcza tęcz nad głową
Wystarczy tylko spojrzeć...
Potem z trudem, ale jednak usnęła.

***

Zhi słuchał uważnie jej opowieści, tego, co miała do powiedzenia. Przez cały czas trzymał ją za ręce, ale kiedy nie mogła powstrzymać łez, poderwał się z miejsca i dopadł do niej. Przytulił ją do siebie, milcząc długo.

Od tamtej rozmowy relacje Zhi i Mistyczki zmieniły się. O dziwo - na lepsze. Zhilang miał wrażenie, że ich związek zyskał, jakby ta próba jedynie umocniła ich uczucie, uczyniła je głębszym. Kijanko był z tego bardzo zadowolony, głównie dlatego, że Glae okazał się zupełnie nie mieć racji. Gdy spotykali sceptycznego mrównika, niezadowolony pyszczek zwierzaka tylko poprawiał mu humor.
Wciąż spędzali ze sobą mnóstwo czasu, tym razem jednak postanowili wrócić do wspólnej pracy. Spędzali dnie na pomaganiu rannym i wypełnianiu drobnych zadań dla Nuandy. Zdawało się, że żadne duże zagrożenie nie wisiało w powietrzu. Pomogło to Zhi całkowicie się zrelaksować i zupełnie zapomnieć o dawnym życiu. Czasami czuł się, jak nie na swoim miejscu, jak obcy, jak włóczęga, który wprowadza niepotrzebne zamieszanie we wsi. Ale chociaż nie był pewien, na ile bezpieczne jest przebywanie w innym świecie, wszystko zdawało się toczyć w jak najlepszym porządku.

Minął tydzień od jego pojawienia się. Zhi i Mistyczka dostali zadanie pomocy miejscowym na Klekocie atakowanym przez jakieś morskie stworzenia. Tamtego dnia niechętnie opuszczali swoje gniazdko. Kijanko nie wnikał też, dlaczego potrzebna jest smokom pomoc. Być może w tym świecie klekotiańskie lewiatany były zbyt spasione, by same się bronić. Było to o tyle prawdopodobne, że w tym świecie zdawało się brakować prawdziwych zmartwień.
Było coś niesamowitego w samym locie u jej boku. Z jakiegoś powodu Zhi miał ochotę się śmiać, krzyczeć z rozkoszy, ponieważ lecieli obok siebie. Było to głupie, bez sensu, ale przez cały czas szczerzył się jak idiota. Mistyczka zachowała trochę więcej powagi. Próbowała wytłumaczyć mu, że misja jest poważna, że Klekot jest w niebezpieczeństwie, ale Zhi potrafił skupić się jedynie na udawaniu żaby w powietrzu.
Nabrał powagi dopiero, kiedy zobaczył sporą, przypominającą ośmiornicę z długą szyją zakończoną smoczym łbem, leżącą na plaży. Monstrum było martwe, objadane przez mewy, ale przynajmniej trzykrotnie przerastało wielkością zwykłego smoka. Nieopodal zwłok potwora zobaczył kilkanaście ciał ludzi. Wylądowali. Spotkali na plaży Kaigiego, który różnił się nieco od tamtego, którego znał. Jego zbroja wydawała się mocno powgniatana, miała wyrwany jeden rękaw, a sam erathańczyk miał zawiązany wokół nogi bandaż. Zhi tłumaczył to sobie niedawną bitwą.
Kaigi zupełnie nie był zaskoczony pojawieniem się Zhi z martwych, ale to kijanek też sobie wytłumaczył: Kaigi sam od setek lat powinien być zakopany pod ziemią, zapomniany jak reszta jego cywilizacji.
- Dobrze was widzieć. - Rzucił. - Mogę sobie poradzić z tymi monstrami, Niebo też robi dobrą robotę. Ale nie możemy walczyć i troszczyć się o tubylców!
To powinno być zadanie smoków, pomyślał Zhi niezadowolony.
- Zajmiemy się rannymi i pomożemy ci chronić wyspę. - Zapewnił. - Chciałbym jednak najpierw zobaczyć się z Rasithem i resztą.
Miał ochotę powiedzieć coś bardzo nieprzyjemnego tym wygodnickim gadom. Nie tak powinna wyglądać symbioza na tej wyspie.
Kaigi zmarszczył jedną brew, przyglądając się uważnie Mistrzowi Zhi Młodszemu, a Mistyczka po prostu przyglądała się swojemu partnerowi.
- Zhi,, Rasith może nie był najgodniejszym reprezentantem gatunku, ale to jednak smok...
- Wiem, dlatego powinien chronić swoich, zamiast wysługiwać się Nuandą!
Zhi był zły, może dlatego dopiero po chwili uświadomił sobie, że coś przerażającego było w słowach Mistyczki...
Nagle uświadomił sobie, że do tej pory na Klekocie nie zobaczył ani jednego smoka. Z początku tłumaczył sobie, że zapewne oddają się zabawie. Teraz jednak jego serce zamarło.
- Yuli... - obrócił się do partnerki i spojrzał jej głęboko w oczy. - Opowiedz mi o bitwie z Matuzalemem.
- Ale...
- Już. Teraz. Yuli. Chce to usłyszeć. Chce się dowiedzieć, jak pokonaliście Matuzalema.
Jej twarz zrobiła się nagle bardzo smutna. Dotknęła jego pyska.
- Och, Zhi... myślałam, że wiedziałeś...
Zwiesił łeb ponuro, ale nie przerwał jej.
- Nie było żadnej bitwy... - Dokończyła.

Zhi leżał na plaży, obmywany falami, kręcąc z niedowierzaniem łbem.
- Ale przecież spotkałem ciebie! I Sola! - Przypomniał jej.
- Nie jestem tak na prawdę smokiem. - Odpowiedziała. - A Sol ma nowe ciało. Jest jak miedziany smok, pewnie dlatego nie zginął.
- Chwila, a Ganqou?
- Sol dosłownie wyciągnął ją ze świata duchów.
Zhi spochmurniał. Tak, to było w stylu srebrzystego.
- Ale... Wszystkie? - Zhi nie potrafił uwierzyć w to, co się właśnie dowiedział. Świat, bez smoków, prawdziwy cel Matuzalema...
- Przykro mi, Zhi, nam też nie było lekko. Próbowaliśmy znaleźć jakiś sposób...
Ale brakowało wam czegoś. Kopuły energii, która mogłaby zatrzymać miedzianołuskiego. A zanim udało się wam coś na to poradzić, on dopiął swego... A potem zniknął, zapadł się pod ziemię. Uciekł jak złodziej.
- Musimy go znaleźć i wykończyć. - Wysyczał.
Mistyczka westchnęła i położyła łapę na jego grzbiecie.
- To już niczego nie zmieni, Zhi. Poza tym nie możemy go znaleźć, dopóki sam się nie pokaże, jest poza naszym zasięgiem. Być może już nie żyje. W końcu trawiła go jego niedoskonałość.
Trwało chwilę, nim Zhilang pozbierał się z przytłaczającego szoku. Nawet, jeżeli zagłada nie dotyczyła jego świata, to wciąż dotknęła tych, na którym mu zależało.
- Chce ich zobaczyć... - Wyszeptał.
Yuli przytaknęła mu. Potem zaprowadziła go w miejsce, które miejscowi nazywali Smoczym Cmentarzyskiem.

Miejscowi ludzie nie byli w stanie pogrzebać martwych smoków. Wykopanie tak olbrzymiego dołu, przeniesienie cielsk i w końcu zasypanie masowego grobu było po prostu zbyt dużą inwestycją. Zebrano więc magów ziemi Nuandy, którzy spowodowali zanurzenie się w skale całego smoczego osiedla. Lewiatani spoczęli więc tam, gdzie padli, s ich leża stały się zatopioną w wyspie nekropolią.
Nie wszystkie smoki padły jednak w legowiskach. Wiele smoków padło na plaży bądź runęło na wyspę z powietrza. Część z nich po prostu pozostawiono na pastwę wielkiej liczby tutejszego ptactwa, jednak wkrótce padlina zwabiła też potężne, morskie drapieżniki.
Gdy Zhi przyglądał się tym obrazom, zbierały w nim rozpacz i gniew.
- Ta przeklęta pijawka... - Wysyczał. - Beznogi, pełzający padalec. Ten sztuczny, fabryczny twór, który nigdy nie powinien poznać światła dnia...
Mistyczka ostrożnie złożyła pysk na jego ramieniu i przymknęła oczy.
Zhi zadrżał.
- Dlaczego? - Zapytał sam siebie. - Dlaczego wszędzie, gdzie nie zajrzę, widzę wagę moich decyzji? Czemu wciąż muszę oglądać jak cierpią przeze mnie niewinni?
- To nie twoja wina, rybko...
- Bzdura! Gdybym nie był taki miękki, gdybym rozwalił Dracarta w drobny mak, nie ucierpieliby ludzie w Leene, nie zginąłbym też na gruzach miasta! Gdybym zmiażdżył swoją mocą Feniks i Księżyca, zdążyłbym cię ocalić! Za każdym razem, gdy okazuje litość tym, którzy na nią nie zasługują, obrywają ci dobrzy... Mam tego zwyczajnie dosyć...
Mistyczka poderwała lekko głowę.
- Zhi, proszę cię, przestań...
- Mój ojciec miał racje! Jednostki się nie liczą. Trzeba działać zdecydowanie albo w ogóle. Nigdy nie byłem tak silny jak on, a teraz wszystkie smoki nie żyją!
- ZHI, PRZESTAŃ!!!!!
Zamilkł wreszcie i rozejrzał się zaskoczony. Zamarł w bezruchu.
Cała nekropolia pokryta była energią Ki, ziemia drżała, a lita skała pękała w kilku miejscach. Mistyczka cofała się, rozglądała zaniepokojona.
Zhi skulił się, czując narastającą w sobie moc. Próbował ją stłumić, zgasić, ale było już za późno.
Skoczył i dosłownie wystrzelił się jak z armaty. Pędził, jak najdalej od wyspy z prędkością, od której brakowało mu tchu.
- Zhi! - Usłyszał za sobą krzyk.
Obejrzał się za siebie i serce podskoczyło mu do gardła. Mistyczka leciała w pewnej odległości za nim. Czy była aż tak nierozważna, czy może nigdy nie widziała co potrafi zrobić jego Implozja?!
Chciał jej odpowiedzieć, ale zaciskał kurczowo szczęki. Zrobił jedyne, co mógł - posłał w jej stronę pocisk energii, który strącił ją z nieba. Potem z pękającym sercem obserwował, jak leci w morską toń, ale przecież nie mógł się teraz zatrzymać.
Przeleciał może kilka mil, gdy eksplozja wzburzyła ogromną falę. Zaraz potem olbrzymia implozja wciągnęła ogromny masyw wody w potężny wir...

Ocknął się chwilę później, słaby, otumaniony. W mrocznej, lodowatej głębi oceanu. Nie potrafił pozbierać się z podmorskich skał, chociaż przecież musiał. Musiał odnaleźć Mistyczkę...
Brakowało mu jednak sił. Nie potrafi się podnieść po kolejnej druzgoczącej Implozji. Najbliższe godziny spędził więc w samotności, w absolutnych, gęstych ciemnościach, katując się myślami, że po raz kolejny zabił ukochaną mu osobę.
To było jak najgorsze lochy, jak najstraszliwsze miejsce kaźni. Znów był więźniem własnego ciała, zasilanego przez jego zapasy Energii Ki. Sam ze sobą, zrozpaczony, otoczony przez Nicość, torturował sam siebie myślami. Jeśli w tym ponurym miejscu istniało kiedyś życie, zostało ono unicestwione przez niego...
Nikt dokładnie nie wie, co przez te kilka godzin przydarzyło się Zhi. Nikt nie wie, z czym przyszło mu się tam zmierzyć. Nie ma jednak wątpliwości, że na dnie oceanu zostawił coś z samego siebie. I gdy już się wynurzył, nie był już tym samym Zhi...

Mistyczkę znalazł na klekocie po długich godzinach szybowania ponad tonią. Była cała i zdrowa. Pocisk nie był w stanie wyrządzić jej krzywdy, ale uderzenie w taflę wody z ogromnej wysokości już tak. Na szczęście zdołała się poderwać w górę, nim wpadła do wody.
Była w ludzkiej postaci i wypatrywała go. Kiedy wreszcie wylądował na wysokim klifie, rzuciła się do biegu, by go przywitać, by dopaść do niego, wyściskać go..
On jednak cofnął się, przez co ona przystanęła, zawahała się.
- Zhi, nic ci nie jest? - Wydyszała.
Kijanko spoglądał na nią przez chwilę ponuro.
- Yuli... - Wychrypiał. - To koniec.
Spoglądała na niego uważnie, jakby nie rozumiejąc.
- Muszę wracać. Do swoich. - Wyjaśnił. - Opuściłem świat pełen zagrożeń i niebezpieczeństw. Świat zły i zepsuty do szpiku kości. Świat w dużo gorszych opałach niż świat, miejsce, które wciąż mnie potrzebuje.
- Zhi, zabierz mnie ze sobą...
- Nie! - Warknął, jednak uspokoił się po chwili. - Nie. Mój świat jest inny, nie znasz go, nie rozumiesz tak, jak ja. Nie będziesz tam bezpieczna.
Zbliżył się do niej, spoglądając na nią ciepło, choć smutno.
- Ale pewnego dnia... - Zniżył pysk i trącił ją nosem. - ...Gdy mój świat będzie bezpieczny, wrócę tu do ciebie. Obiecuję...
Zrobiła krok w jego stronę i wtuliła się w jego pierś. Nie ułatwiała mu tego...
- Chodzi o to, co wtedy zrobiłeś, prawda? - Zapytała ściszonym głosem przez twarz wtuloną w jego szyję. - Boisz się, że mnie skrzywdzisz>
Nie odpowiedział jej.
- Jest takie miejsce... - Wyszeptała, a po jej powiekach ściekały łzy. - Taki świat, w którym jesteśmy oboje. Rzeczywistość, gdzie możemy być razem, nie martwiąc się o siebie. Wiem, bo widzę je, kiedy zamykam oczy....
- Yuli... - Zaczął, ale głos uwiązł mu w gardle.
- Będę tutaj, rybko, zawsze, kiedy będziesz chciał wrócić, ja będę tutaj, by cię objąć, by otrzeć łzy. By wyszeptać ci...
Ucałowała jego szyję.
- ...Że cię kocham... - Dokończyła cichutko.
Uniósł jedną łapę, by objąć ukochaną.
- Kocham cię, Yuli. Nigdy nie przestanę. To, co się tu przydarzyło, będę traktować jak dar. Każdego dnia modliłem się, by znów cię zobaczyć, choć jeszcze jeden jedyny raz. Moje modlitwy zostały wysłuchane, nie ośmielam się prosić Stwórcę o więcej. Ale pewnego dnia... wrócę. Ponieważ jestem dla ciebie.
Przemienił się w ludzką postać tylko po to by przytulić ją. Pocałowała go tak, jak nie całowała go nigdy przedtem.
Wrócił do smoczej postaci. Nie mógł dużej tego odwlekać, nie potrafił. Pędził, najszybciej jak umiał, nie oglądając się za siebie. Jakby bał się, że wystarczy jedno spojrzenie więcej w jej oczy i zostanie w tym świecie już na zawsze.
Ona obserwowała do samego końca, jak jej ukochany oddala się i w końcu znika wśród chmur.


POCZĄTEK


Kilka miesięcy później.
Był późny wieczór, chłodny mimo późnego lata. Gronero popijał wino w zamyśleniu. Zmienił się nieco przez te kilka miesięcy. Nie miał już gładkiej twarzy, a siwiejącą gdzieniegdzie brodę, starannie przystrzyżoną, przydającą mu dostojniejszego, stateczniejszego wyglądu. Siedział w półmroku nad księgą, ubrany w rozpięty kaftan. Jego komnata miała nieduży taras, na którym znajdowała się szklarnia pełna przepięknych, choć śpiących teraz kwiatów. Przez przeszklenie do środka wpadały długie snopy księżycowego blasku.
Dmere trzymał się od nich z dala. Siedział znudzony w kącie izby. Mimo bycia Erathianinem nie należał do cierpliwych. Towarzyszenie więc Gronero w kolejnych nudnych czynnościach doprowadzało go do szału. Z nudów założył sobie pierścieniowe ostrze wokół pasa i zaczął kręcić biodrami.
- Już ci mówiłem, jeżeli czegoś potrzebujesz, żeby się rozerwać, wystarczy powiedzieć... - Rzucił książę nie odrywając oczu od kart księgi.
- Marnuję tutaj czas! A ty swoje pieniądze... - Mruknął Dmere. Ostrze osunęło się w dół a on zatrzymał je stopą przed upadkiem na posadzkę. - Dracart już tu nie wróci, nie jest na tyle głupi.
- Na jego miejscu chciałbym dokończyć to, co zacząłem. - Wyjaśnij książę.
- Ma gdzieś twoje zasrane miasto. Nie wróci tu, jeżeli nic go nie zainteresuje.
- Dracart szuka wyzwania. Zaatakuje tam, gdzie czekać będzie na niego Zhi. Jeżeli dowie się, że zgodziłem się na opuszczenie Pallasiru w zamian za ochronę Mistrza Ki.
- Od ponad roku nikt nie widział Zhi.
- Dlatego ty tutaj jesteś.
Dmere westchnął ciężko i klapnął sobie. Siedząc na podłodze chwycił pierścień oburącz obracając ją w pacach jak ster okrętu.
Mijały kolejne godziny, gdy Dmere dostrzegł coś kątem oka. Pozbierał się z podłogi powoli i niezręcznie, a potem uniósł oba cykliczne ostrza.
Coś się zbliżało do tarasu. Światło, w dwóch kolorach.
Drzwi otworzyły się z hukiem i do środka wpadły trzy Kapelusze.
- Książę, dostrzeżono Zhi. Zbliża się tutaj bardzo szybko! - Wypaliła jedna z dziewcząt.
- O, cudownie, już zacząłem się o niego martw...
Dziewczyna dopadła do niego o przewróciła go na podłogę. Dmere skoczył i zasłonił ich oboje swoimi pierścieniami.
Pocisk energii Ki rozbił szkło w drobny. mak i uderzył o posadzkę tuż przed Dmerem, gruchocząc kamień. Hadaganin zachwiał się od eksplozji, a potem przyglądał się, jak Stalowy Zhilang wzlatuje powoli do środka, otoczony wirującą energią Ki.
Kapelusiki i Dmere zastąpiły mu drogę.
- Zhi, na litość Stwórcy! Mogłeś zrobić komuś krzywdę! - Oburzył się Gronero.
Czerwono-błękitne ślepia Zhi pozostawały zimne i surowe. Machnął niemal leniwie ręką i wszyscy strażnicy księcia zostali odrzuceni na bok jak liście zdmuchnięte przez wiatr.
Gronero cofnął się o krok, ale nagle zawisł w powietrzu, otoczony przez barierę z energii Ki.
Zarówno bariera jak i Zhi zaczęły unosić się, przebiły przez sufit, a następnie uniosły w niebo.
Byli sami, w przestworzach, a Gronero przyglądał się z narastającym przerażeniem smokorybowi. Ale to przecież był Mistrz Zhi, nie zrobiłby mu krzywdy...
Książę zawył z bólu, gdy nagle jego ciało zaczęło wykręcać się jak szmata. Jego kości zaczęły przekręcać się w różne strony, aż wreszcie zaczęły pękać. Zhilang przyglądał się temu jakby bez zainteresowania.
Gdy ciało Gronero było już tylko workiem mięsa i zmielonych kości, odrzucił je z obrzydzeniem. Ruszył w dalszą podróż.

Ani Leene, ani Pallasir nie próbowały się bronić. Widok Zhi nie wzbudzał strachu czy nieufności. Budził nadzieję. Radość.
Gdy pojawił się nad Miastem Królów Pallasirczycy wywatowali na jego cześć. On jednak zmierzał ku jednemu celowi.
Radni miasta ułatwili mu zadanie, sami zebrali się, by się przywitać. Wystarczyła jedna eksplozja i ich martwe ciała wyleciały w górę i wzniosły ponad rynek, lądując na dachach domów.

Ethakella spodziewała się ataku, gdy tylko spostrzeżono Zhi na niebie, w jego stronę poszybowały zaklęcia, całe setki.
Mocą Ki wyrwał fragmenty murów i zasłonił się nimi jak tarczami. Arcymagowie nie byli głupi, gdy Zhi przedzierał się przez miasto, teleportowali się gdzie indziej. Energia Ki to też jednak energia duchowa. Z łatwością więc wytropił ich, a ciała przesłał portalem z powrotem. W kawałkach.

Haphkar sam stawił mu czoła. Nie było między nim straży ani gwardii, nie było nikogo, kto stanąłby w obronie przywódcy rebeliantów z Mchowego Dworu. Sprawiło to, że Zhi się zawahał. Może jednak książę Haphkar był dobrym człowiekiem... ale w pewien sposób był skazany, by powtórzyć błędy ojca. Zhi wykończył go szybko, właściwie bezboleśnie, gruchocząc kark energią Ki.

Rasith wyglądał na zaskoczonego, gdy go ujrzał. Dla Zhi zabicie tak żałosnej istoty było wręcz hańbą. Ale ten obleśny konfident nie zasługiwał na to, by żyć. Zakończenie go było wręcz aktem miłosierdzia. Jego serce pękło pod naciskiem energii Ki a Zhi wyobrażał sobie, jak krew i cholesterol rozlewają się po jego wnętrzu.
Połchun próbował go powstrzymać. Niczego nie rozumiał...

Zachodni Pallasir był abominacją. Ci sztucznie wykreowani żołnierze, ludzie, pełni zuchwałości i nienawiści do smoków. Ledwie powstrzymał się przed zamianą tego miejsca w krater. Postanowił okazać jednak miłosierdzie.
Kiedy niszczył jednego rycerza po drugim, nie myślał o nich jako o istotach żywych. To były jakieś dziwaczne eksperymenty, które należało zakończyć. Nuanda próbowała go jednak powstrzymać. Musiał w końcu dać za wygraną, wycofać się.
Wszystko to nie miało jednak znaczenia. Najważniejsze było by pozbyć się najgorszego z nich wszystkich. Mevranda.
Czekała go długa i pracowita ofensywa i będzie potrzebować pomocy.

***

- Mam dla wszystkich rządzących wiadomość... - Rzekł ochrypłym, zmęczonym głosem.
Zhi był jak pogorzelisko, nie pozostały w nim ani gniew, ani nienawiść, ni smutek czy żal. Miłość do Mistyczki zdawała się odległym wspomnieniem.
Wszystko zdawało się mu snem. A może było snem? Jak mógł mieć pewność, że to, co otacza, jest prawdziwe, skoro nie mógł poczuć tego palcami? Jego ciało było krilliońskie, obce, dziwne. Jak mogły się w nim kryć emocje, skoro nie czuł wokół siebie już nic? Ni powiewu wiatru, ni ciepła, ni zimna?
Stalowy Zhilang. Czy miał jeszcze serce? Czy miał jeszcze duszę? Czy był już tylko maszyną, która miała jedynie służyć innym, ochraniać tych, którzy na to zasługują? Pamiętał, że był kiedyś troskliwą i ciepłą istotą, ale zdawało się, że było to wieki temu. Samotność i rozpacz jakich doświadczył podczas podróży między światami sprawiały, że nie był już niczego pewien. Oprócz tego, że niegdyś kochał. I że złożył obietnicę.
- Mam wiadomość, dla wszystkich władców Sha'aird. - Powtórzył, trzymając kurczowo figurkę przedstawiającą lisa; zakołysał się lekko w przód. - Otrzymaliście szanse. Dano wam władzę z góry. Wy wykorzystaliście ją do własnych zysków i dla zaspokojenia swoich żądz. Zaszkodziliście nam wszystkim, tocząc wzajemne wojny i konflikty. Dlatego należy ukarać jednostki, by ocalić wszystkich pozostałych. Od dziś każdy król czy książę, każdy wasal czy jakiś cholerny wódz, ma obowiązek ustąpić władzy i przekazać ją w ręce Nuandy. Każdego, kto usilnie będzie się trzymać koryta, spotka sprawiedliwość. Każdą świnię odwiedzę osobiście...
Westchnął.
- Co do moich przyjaciół z Nuandy... Możecie nie zgadzać się ze mną. Ale rasy Sha'aird muszą się zjednoczyć, by zwykli ludzie mogli czuć się bezpieczni przed prawdziwymi zagrożeniami. To, co robię, może wydawać się wam okrutne, może nawet złe. Ale moje czyny to dokładnie to, o czym każdy z was chociaż raz skrycie marzył. Dlatego pamiętajcie. Każdy, kto nie jest ze mną, jest przeciwko mnie.
Odrzucił figurkę i westchnął ciężko.
Zaczął pleść między palcami energię Ki, jedyne, co czuł pomimo stalowego ciała. Uniósł lekko łeb i zerknął na odległe mury Haedwige.
To dopiero początek, pomyślał. Początek czegoś nowego, lepszego. Nawet, jeżeli ludziom się to nie spodoba, gniew obróci się przeciwko niemu i tylko niemu. Weźmie na siebie rolę znienawidzonego wroga publicznego, jeżeli w zamian faktycznie zapewni innym bezpieczeństwo.
Zebrał się z ziemi i poczłapał w stronę samotnej groty. Był zmęczony ciężką pracą.
Zasnął niemal od razu, gdy złożył łeb w ukryciu.
Śnił o wielkich, wspaniałych rzeczach, które miały wkrótce nadejść.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Theme xandblue created by spleen modified v0.2 by warna

Strona wygenerowana w 0,04 sekundy. Zapytań do SQL: 9